Gwen wsunęła zdrętwiałe od chłodu palce w czarną grzywę Sokratesa.
Mimo, że dzień był niezwykle upalny, późnym wieczorem wzmógł się mroźny
wiatr i noc przejmowała chłodem. Znów, po krótko trwającym okresie
stempa, przeszła do galopu. Koń gnał co tchu, na razie nie musiała nim
kierować bo wąwóz biegł cały czas prosto. Wiedziała, że musi minąć
miejsce, w którym została schwytana i jechać dalej, do brodu
przecinającego linią strumienia parów i skierować się w górę, aż do
zagajnika, przez który będzie musiała się przedrzeć by dotrzeć do
miejsca, w którym po raz pierwszy spotkała się z oddziałem wojska.
Wtedy, gdy szła między strzelistymi drzewami, a gałązki wręcz złośliwie
smagały ją po twarzy ostro zakończonymi "pazurami", miała wrażenie, że
nie może być gorzej. Kiedy jednak weszli w zalany słońcem wąwóz,
stwierdziła, że ciemny las pasował do miana przedsionka nieba. Teraz
jechała pod osłoną pierwszej linii drzew, które pojawiły się ponad
krawędzią wąwozu. Wysokie buki o rozłożystych gałęziach rozrzucały wokół
nie tylko kojący cień, ale i zapach. Zapach lasu. Zapach, który tak
bardzo kochała. Urodziła się w lesie. Wśród Gór Dortmundii. Gdzie doliny
i zbocza porastały wielkie.sosny. Strumienie szemrzały w zagajnikach,
stadka srebrzysto -szarych jeleni przebiegały przez polany. Jeździły z
May i gromadą innych dziewcząt, i chłopców na konne polowania. Tyle, że
Gwen zazwyczaj niewiele się udawało bo podstawą takich wypraw była
umiejętność strzelania z łuku. Ale cieszyła się spokojem i cudownym,
dzikim życiem. Do czasu jednak... Pewnego dnia przybyła do osady
rudowłosa Avery. Zyskała od razu szacunek wśród starszych choć miała
dopiero dwadzieścia lat. Jej misją nie okazała się jednak przeprowadzka w
ustronne miejsce, jak twierdziła, ale odnalezienie Gwen. Tak...
Dziewczyna pamiętała ten dzień jak dziś. Odetchnęła głęboko. Biała
mgiełka oddechu wzbiła się w powietrze od jej ust. Zamyśliła się. Na
pewno pojedzie do obozu, ale nie ma przecież pewności, że zastanie w nim
May. Spróbuję, pomyślała prostując się na końskim grzbiecie. Nawet
Maybeline miała chociaż krztę rozsądku. Musiała zostawić jakiś znak,
cokolwiek gdyby Gwen udało się wrócić. Oczywiście, nie znała powodu jej
zniknięcia, ale biorąc pod uwagę zdarzenia z ostatnich tygodni mogła
całkiem trafnie domyślać się prawdy. Najpierw okropna ucieczka, krzyki
bólu, ludzie, którzy przelali krew za nie... Nie, błąd. Za NIĄ. Avery
skrupulatnie ujęła, że May była tylko hmm... dogrywką. Istotą eskorty
Gwen, ale nie jej ośrodkiem. Strzały i ostrza celowały w serce
Gwendolyn, nie May.
- Co ty na to? - zapytała wierzchowca gdy wynurzyli się zza zakrętu i
zatrzymali przed rozlewającymi się szeroko wodami strumienia. Sokrates
prychnął cicho. Bryzneły krople wody, gdy Gwen ześlizgnęła się lekko w
sam środek płytkiego nurtu. Woda u brodu nie sięgała jej nawet kolan.
Przykucnęła by zanurzyć dłonie w ożywczym chłodzie. Zimno koiło
przyjemnie rozgrzane bólem, zmęczone stopy. Sokrates pochylił się i nim
zaczął pić, tracił ją przyjaźnie łbem. Poczuła jeszcze przyjemniejsze od
chłodnej wody, rozchodzące się po ciele, cudowne ciepło. Czule
pogłaskała konia po szyi. Zanurzyła palce w strumieniu. Nabrała wody w
dłonie i napiła sie. Przyjemne zimno spłynęło jej do gardła. Otarła usta
rękawem i odwróciła głowę w stronę ściany wąwozu. Kręta scieżka
wychodząca ze strumienia wiodła na górę, w las. Gwen westchnęła cicho. -
Musisz odnaleźć May, Gwendolyn. -powiedziała do siebie. Wstała.
Sokrates podniósł głowę i zarżał cicho, gdy dziewczyna lekko przełożyła
nogę przez jego grzbiet i trzymając się grzywy, podciągnęła do góry. -
Już niedługo będziesz wolny. Jeśli zechcesz wrócić do wodopoju, tak
właśnie zrobisz. Ale jeszcze nie teraz. Wykaż się posłuszeństwem jakie
okazałeś do tej pory. Proszę. - powiedziała. Ruszyła stempa. Sokrates z
gracją brodził przez wodę, podkowy zgrzytały na kamiennym dnie, ale Gwen
nie przyspieszała z obawy, że koń się pośliźgnie. Dopiero gdy plusk
ustał, ustępując miejsca chrzęstom żwiru pod kopytami ponagliła
wierzchowca do kłusa.
Zielona, leśna scieżka umykała spod nóg galopującego Sokratesa.
Chłodny, nocny wiatr rozwiewał ciemne loki Gwen. Księżyc w pełni zdobił
miękką ciszę poszycia srebrzystym, magicznym blaskiem. Jakiś ptak
zaśpiewał z cicha wśród gałęzi. Gwen ziewnęła. Wydało jej się
absurdalne, że jeszcze dzień wcześniej biegła gnana Gringowymi
nahajkami, w palącym słońcu i bez nadzieji. - Jak widać nie dane jest mi
teraz zginąć. Jeszcze nie twój czas, Gwendolyn. -mruknęła do siebie.
Tylko wzmagający się znów wiatr jej odpowiedział. Las zmienił się.
Drzewa liściaste rosły teraz gęściej, iglaste znacznie rzadziej. Jako
taka scieżka rozmyła się już zupełnie wśród borówkowych krzaków. Gałązki
smagały dziewczynę po twarzy gdy galopowała szybko na skarogniadym
koniu. Sokrates wyraźnie cieszył się z uwolnienia spod jarzma
barbarzyńców, bo wykazywał wielką ochotę do biegu i przygody. Miał w
młodym ciele wiele sił i energii, a galop przez las sprawiał mu ogromną
radość. Wyraźnie polubił też Gwen. Z wzajemnością zresztą. Dziewczyna
czuła się dobrze w jego towarzystwie i choć wewnętrzny niepokój o
przyszłość i May, nieprzyjemny uścisk w piersi nie dawał jej spokoju, to
była w pewnym sensie odważniejsza i bardziej pewna siebie, nie
podróżując przez las samotnie. Czuła podmuch wiatru na rumianych
policzkach. Ciemne, lśniące loki podskakiwały jej na ramionach w rytm
galopu. Brązowe oczy błyszczały. Czuła las całą sobą. Tak jak wtedy, w
Dortmundii. Na grzbiecie bułanej Iskry, w blasku zachodzącego słońca,
padającego jasnymi słupami na zielone, trawiaste podłoże. Oczy jej się
iskrzyły. Obok niej, na karym wierzchowcu jechała dumnie wyprostowana
May, w otoczeniu zafascynowanych jej urodą chłopców. Jechali zwartą
gromadą. Roześmiani, radosne ich głosy niosły się daleko, przerywając
leśną ciszę... Gwen ze zdumieniem stwierdziła, że czuje łzy pod
powiekami. Czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczy? Głośno przełknęła
ślinę. Otarła oczy wierzchem dłoni. Dalej, ponagliła siebie. May czeka.
Sama nie wiedziała czy jest to w pełni prawdziwe stwierdzenie, ale
wolała o tym nie myśleć. Potrząsnęła głową. - Czeka. - rzuciła głośno w
pustkę. Odpowiedziało jej tylko echo. Chwila za chwilą... Czas ciągnął
się nieubłaganie. Gwen czuła okrutny ból w kościach, mogła policzyć je
wszystkie. Nawet entuzjazm Sokratesa nie był w stanie pokonać zmęczenia i
trudów długiej drogi i koń podupadał już na duchu. Na szczęście jednak,
okolica zaczęła się zmieniać. Gwen rozpoznała urwisko - miejsce
spotkania z Wodzem. Ścieżka, która znów zajaśniała wśród krzewów, biegła
prosto, piasek szeleścił pod kopytami idącego spokojnie Sokratesa.
Teren znów był płaski, wcześniejsze pagórki przeszły w równinę, co
znacznie polepszyło widoczność. Jednak mimo dobrych warunków i
zbliżającego się kresu wędrówki, niepokój w sercu Gwendolyn rósł i
dziewczyna coraz bardziej lękała się tego, co ujrzy w miejscu dawnego
obozowiska. Chociaż starała się myśleć optymistycznie. Nie była pewna
tego, co działo się w głowie Maybeline. No właśnie, nie była... A
wolałaby być po prostu pewna dobrej woli, yyy... przyjaciółki. Noc
zbliżała się ku końcowi, gdy Gwen wjechała na polankę. Nie było na niej
nikogo. Żadna mgiełka oddechu nie wisiała w powietrzu, żadne kroki nie
dudniły w ciszy. Tylko w miejscu, w którym rozbiły namiot, w trawie
pozostały małe wgniecenia po palikach. Nic więcej. Gwendolyn poczuła
nieprzyjemną ciężkość w gardle, kiedy zsunęła się z grzbietu konia. - Co
ja mam teraz zrobić? - zapytała lasu. Tym razem nawet echo nie zadało
sobie trudu by jej odpowiedzieć. Postanowiła, że przede wszystkim musi
się wyspać. Odpięła sznur od uzdy Sokratesa i zwinęła ją w kłębek.
Położyła się pod rozłożystym dębem. Nie miała przy sobie żadnej broni i
było raczej pewne, że Wódz każe jej szukać, ale nie wiedział przecież
gdzie znajdował się obóz. Znaleźli ją w lesie, przynajmniej milę od ich
obozowiska. Mogła więc mieć nadzieję na spokojną noc. Ale nie była
spokojna. Gwen przewracała się z boku na bok, ciszę głuszy co chwila
przeszywały dziwne odgłosy leśnego, podksiężycowego życia. Dziewczyna
budziła się często, drżącą dłonią ocierając pot z czoła. Dużą pociechą
była dla niej obecność Sokratesa. Koń nie zamierzał jej najwyraźniej
wcale jej opuszczać. Spał spokojnie, z opuszczoną głową, oddychając
głęboko. Gwendolyn usiadła. Oparła się plecami o pień drzewa. Wdech i
wydech. Wdech i wydech. Ahh... spokojnie. - Cśii. - szepnęła do siebie.
Westchnęła i osunęła się na miękką, zieloną trawę. Gdzieś wśród koron
drzew trzasnęła gałązka. Gwendolyn drgnęła i głośno przełknęła ślinę.
Zasnęła. Obudził ją śpiew ptaków. Słońce pomarańczowymi plamami złociło
poszycie lasu. Liście szeleściły na ciepłym wietrze, z gracją odbijały
blask. Niebo było bezchmurne, co oznaczało znów niezwykle upalny dzień.
Gwendolyn przeciągnęła się. Podniosła się do pozycji siedzącej.
Zaburczało jej w brzuchu. Usłyszała ciche, radosne rżenie. Podniosła
głowę. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć skąd u jej boku wziął
się skarogniady koń. Ach, tak... Sokrates. W jednej chwili przepłynęły
przez nią wszystkie wspomnienia ostatniej nocy i dnia. Schwytanie,
podróż przez las, wąwóz, kradzież konia, ucieczka, samotność - brak May.
Gwen tęskniła za nią. Nigdy się zbytnio nie lubiły, ale były do siebie
przywiązane, znały się od zawsze. Westchnęła. - Muszę jeść. -
powiadomiła Sokratesa, który grzebał kopytem w ziemi. Podniósł łeb i
potrząsnął czarną grzywą. Skubał w zadumie trawę. Gwen zazdrościła mu
apetytu. Jej samej trawa zbyt nie przypadła do gustu. - Masz zamiar
zostać? - spytała Sokratesa. Podeszła doń bliżej i pogłaskała go czule
po szyi. Koń, jakby w odpowiedzi na pytanie, podniósł łeb i złożył go na
ramieniu dziewczyny. Spojrzała na korony drzew. Wodziła wzrokiem od
gałęzi do gałęzi, z zachwytem obserwując wspaniałą grę słońca wśród
listowia; złote blaski padające na zielone witraże. Nagle pomiędzy
gałęziami dostrzegła czerwony błysk
Słońce wyraźnie odbijało się od czegoś ukrytego w koronach drzew.
Podeszła bliżej. Mogłaby sprawdzić co to, gdyby wspięła się wyżej. Bez
namysłu, wdzięcznie uchwyciła się najniższej gałęzi i podciągnęła do
góry. Zwinnie skakała z gałęzi na gałąź. Nie była aż tak sprawna jak
May, a jej ruchy nie były aż tak precyzyjne, ale była niezwykle pewna
siebie co bezsprzecznie pomagało, a ważyła naprawdę niewiele, dzięki
czemu mogła bez trudu poruszać się nawet po najcieńszych gałązkach.
Prześlizgnęła się między ciasno splątanymi konarami. Jeszcze trochę...
Z wysiłkiem przesunęła się po chropowatej korze. Już. Spojrzała na
sprawcę czerwonych błysków i... zamarła. Między gałęzie ktoś zatknął
drogocenną, złotą broszkę z rubinem. Znała ten klejnot. Bez wątpienia
należał do May. Lubiła go przypinać do kaftanika w dni świąteczne. Teraz
ten przedmiot zazdrości Gwen leżał przed nią, niewinnie lśniąc w
słonecznym blasku poranka. W pierwszej chwili zdjął ją strach. Zdała
sobie jednak sprawę, że tej broszki napewno nie pozostawił po sobie
ktoś, kto mógłby wykreślić Maybeline z księgi żyjących, bo było to po
prostu głupie, takie powieszenie na drzewie kosztownej biżuterii.
Owszem, ktoś może mógłby chcieć wrócić tu po nią później, ale broszka
nie była przedmiotem, którego nie można zabrać ze sobą od razu z powodu
zbyt dużych rozmiarów, ba! bez trudu mieściła się do kieszeni! Zresztą
mógł ją wziąć każdy, kto nieźle umiał chodzić po drzewach, bo była
świetnie widoczna, a złodziej raczej by tego nie pragnął. A może o to
właśnie chodziło... Zastanowiła się. May... Przekaz... Wiadomość! Gwen
machinalnie rozejrzała się wokół. Zobaczyła malutką, białą karteczkę
wsuniętą w młody, jeszcze nie do końca rozwinięty liść. Sprytne. Szybko
rozwinęła pergamin zapisany znajomym, drobnym charakterem pisma.
Kochana!
Mam nadzieję, że ty, która to czytasz jesteś Gwendolyn z Dortmundii.
Bardzo mnie zaniepokoiło twoje zniknięcie. Czekałam do rana, po
śniadaniu ruszyłam w drogę. Nie żeby cię szukać. Bałam się, że stało się
to co myślę, a w takim wypadku niewiele bym mogła ci pomóc.
Słuchaj, a raczej czytaj uważnie: jeśli nie zjawisz się do wieczora
drugiego dnia od twego zniknięcia, ruszam do Av. Jeśli czytasz to już PO
czasie i ty się do niej kieruj. Wiem, że nie masz konia, pojechałam na
Klindze, ale NIEOPODAL zostawiam ci mapę z zaznaczonym miejscem, w
którym się znajdujesz by było ci łatwiej do Av dotrzeć.
Jeżeli jednak JEST jeszcze czas i chcesz mnie odnaleźć, to wiedz, że
Dortmundia jest krainą położoną wśród wzgórz na północy, a najczęściej
rosnące w niej drzewa to sosny.
Czekająca,
Maybeline.
Gwen bezradnie opuściła ramiona. To ostatnie zdanie wydawało się nie mieć sensu.
- Przecież wiem jak wygląda Dortmundia! - zawołała. Zaraz...
Maybeline mogła przecież chcieć zaszyfrować wiadomość. No i była uważana
przez większość za "chodzącą aluzję". Północ... Mogła ukryć się gdzieś
na północy stąd, pomyślała. Dalej... Wśród wzgórz... Sośnina... Można
więc podejrzewać, że May ukryła się na północ od polanki, na porośniętym
sosnami wzgórzu. Rozejrzała się. Faktycznie, w dziupli najbliższego
drzewa leżała zwinięta w rolkę mapa. Zabrała ją szybko. Na pergaminie,
po środku starannie naniesionego czarnym atramentem lasu nakreślono
niezgrabny, mały, czerwony krzyżyk oznaczający polankę, na której
znajdowała się teraz Gwen. Dziewczyna zeskoczyła z drzewa. JESZCZE ma
czas. Podbiegła do konia.
- Musimy jechać. - rzuciła cicho. Ukryła broszkę w wewnętrznej kieszeni koszuli.
- Na północ. May na nas czeka, trzeba nam znaleźć ją przed zmrokiem.
Możemy kierować się terenem dostosowanym dla koni. Odpadają moczary, bo
Klinga by sobie na nich nie poradziła...
Zamyśliła się. Kiszki grały jej marsza z głodu, co w myśleniu nie pomagało.
- Jeżeli dojedziesz żywa do May, Gwendolyn, to ta napewno posiłku ci
nie poskąpi. - warknęła - Spiesz się, on się tak łatwo nie poddaje.
Skoczyła na konia. Sokrates radośnie rżąc, poderwał przednie nogi z
ziemi i galopem runął naprzód. Już po kilku minutach jednak, zwolnił do
stempa. Gwen kierowała nim nieudolnie, z rozłożoną na kolanach mapą.
Błądziła wśród drzew, mimo to była z siebie w pewnym sensie dumna. Cały
czas parła uparcie na północ. Co jakiś czas zatrzymywała się pod jakimś
wysokim drzewem, by wleźć na nie i rozejrzeć się. Nie widziała jednak
nic poza bezkresnym morzem drzew. Jak na złość, nie sosen. Głód objawiał
się jej poprzez rwący ból brzucha. Była poirytowana, a potem wściekła.
Maybeline musiała się naprawdę nieźle spieszyć, skoro dotarła tak
daleko. Do tego dokuczał Gwendolyn strach, bo południe przeminęło z
wiatrem i dzień zbliżał się ku końcowi. Po kolejnej godzinie zsiadła z
konia i zrezygnowana osunęła się na ziemię. Oparła się plecami o pień
grubego drzewa. Buku, oczywiście, a jakże by inaczej.
- Maybeline! - wrzasnęła. Cisza. Rozgrzebywała ręką ziemię wokół
siebie, pozwalając Sokratesowi paść się swobodnie. Nagle natrafiła
dłonią na małą gałązkę. Pod palcami wyczuła igły. Sosna. Zerwała się z
miejsca jak oparzona. W ręce trzymała gałązkę drzewa iglastego.
Rozejrzała się uważnie. Między dwoma bukami rosła wyniosła sosna o
rozłożystych konarach. Gwendolyn, nie zważając na protesty konia
dosiadła go szybko. Posłusznie ruszył truchtem w stronę drzewa. Gdy je
minęli, pojawiły się następne. Teren również zaczął się zmieniać;
wznosił się i opadał. Nagle las się skończył. Za kolejnym pagórkiem
ukazał się jego skraj. Wieczorne słońce oświetlało niewielkie wzgórze,
gęsto porośnięte wielkimi sosnami. Gwen zatrzymała się na chwilę,
ściągając wodze i podziwiając przepiękny, otwierający się przed nią
widok. Wzgórze wyglądało majestatycznie i pięknie. Drzewa porastały je
tak gęsto, że nigdzie nie prześwitywał choćby skrawek ziemi. Uśmiechnęła
się. Może instynkt ją zawodził, może się myliła, ale po prostu czuła,
że to tutaj. Ponagliła konia do galopu. Łąkowa trawa uciekała spod kopyt
Sokratesa.
- Oby Maybeline nie pospieszyła się z tym odjazdem. - mruknęła Gwen.
Ściganie May przez otwarte, bezkresne stepy do olbrzymiego,
odizolowanego od ludzi dworu, w którym mieszkała Avery nie budziło w
niej zbyt przyjemnych uczuć. Nigdy nie zapuszczajcie się na stepy, tak
je właśnie Av pouczała.
- Więc jeśli nie chcesz złamać jej rozkazu, Gwendolyn, to się do
diabła pospiesz! - syknęła do siebie dziewczyna, spinając konia. Ten, z
galopu przeszedł w cwał. Gwen wydawało się, że leci. Że szybuje na
skrzydłach samego wiatru. Szybko osiągnęła brzeg zagajnika. Ogromne
sosny górowały nad nią, cicho jak intruz zanurzyła się w ich
przytłaczający mrok. Czuła zapach igieł. Zapach dzieciństwa spędzonego w
lasach, okrutnie przerwanego przez śmierć matki. Wychowywał ją ojciec.
Ale nie mogła mu niczego zarzucić. Zawsze tak o nią dbał, może przez to
właśnie znienawidził Avery.
Ściółka szeleściła pod kopytami Sokratesa. Gwen, pochylona nisko nad
jego szyją nasłuchiwała czujnie. Każdy dźwięk sprawiał, że wzdrygała się
lekko. Osiągnęła już prawie szczyt wzgórza, ale mimo to nie natrafiła
dotąd na żaden ślad po May. Znów ogarnęły ją wątpliwości, starała się
zapomnieć o głodzie. Bolał ją kark od ciągłego schylania głowy, a
całodzienna wędrówka wierzchem odcisnęła bolesne piętno na siedzeniu
dziewczyny. Z trudem powstrzymała ziewnięcie. Nagle Sokrates poruszył
się niespokojnie. Do uszu Gwen doszły jakieś trzaski. Rozpoznała je bez
trudu. W pobliżu ktoś palił ognisko. Miała ochotę krzyknąć, ale
przytomnie stwierdziła, że to wcale nie musiała być May. Zsiadła z konia
i podeszła trochę bliżej. Sokrates jak cień podążył za nią. Gwendolyn
wyjrzała zza krzewów. Na szczycie wzgórza, na polance w kręgu sosen
siedziała Maybeline. Piekła na ogniu kawałek tłustego mięsa. Siedziała
tyłem do Gwen, której na widok posiłku ślina napłynęła do ust. May
odrzuciła na plecy pukiel blond włosów. Uniosła głowę i spojrzała w
ciemniejące niebo. Zacmokała z irytacją.
- Trzeba się będzie zbierać. - powiedziała cicho - Och, Gwendolyn.
Nawet nie wiesz... - zamarła bo właśnie w tej chwili gdzieś z lewej
strony trzasnęła gałązka,a w powietrze wyfrunęła, lśniąc w blasku
ogniska rubinowa broszka i cicho upadła tuż obok ręki May. Dziewczyna
wzdrygnęła się na to.
- Gwendolyn? - spytała nieśmiało. Gwen, ciągnąc za sobą konia wyskoczyła na polankę. Maybeline zerwała się z ziemi.
- Gwendy! - krzyknęła - Och, Gwen! Co się stało?
May, chyba z oszołomienia rzuciła się Gwendolyn na szyję. Gwen zachwiała
się pod jej ciężarem. Była trochę zaskoczona tak wylewną reakcją May,
ale sama z uśmiechem odwzajemniła uścisk.
środa, 27 marca 2013
poniedziałek, 18 marca 2013
Fotka
Wiem, że nie każdemu wyświetla się jedno ze zdjęć.
Szkoda...
Daję link: http://besty.pl/upload/file/2189728.jpg, bo według Pottermanów zdjęcie jest naprawdę niezłe :)
Szkoda...
Daję link: http://besty.pl/upload/file/2189728.jpg, bo według Pottermanów zdjęcie jest naprawdę niezłe :)
sobota, 16 marca 2013
Gwen I
Gwendolyn biegła. Ubiór przesiąknięty miała potem, twarz poczerniałą od
brudu, ciemne loki posklejane, a na plecach czerwone, zarumienione pręgi
po uderzeniach bata. Zielona koszula wisiała na niej w strzępach,
ciemną skórę nogawic pokrywały plamy błota. Gring biegnący za nią co
jakiś czas smagał ją nahajką. W parnym powietrzu unosił się zapach potu i
okropny odór gnijącego mięsa. Biegnący Gringowie wzbijali w powietrze
tumany kurzu. Byli dużo wyżsi od Gwen, pył spod ich stóp sprawiał, że
dziewczynie oddychało się jeszcze ciężej. Krztusiła się, język miała
zupełnie suchy. W ustach brakło jej śliny, a krew z rozciętej wargi
spływała jej po podbródku. Gringowie parli okrutnie naprzód, a ona była
potwornie zmęczona. Otarła brudną ręką pot z czoła. Czuła piasek pod
powiekami, było jej bardzo gorąco, a mimo to drżała.
Biegli przez wąwóz, na którego krawędzi Gwen została schwytana. Dawno już jednak opuścili piękny las. Słońce dawało się we znaki, wściekle prażąc i tak już rozpalony z bólu kark dziewczyny. Nogi ją bolały, a stopy wręcz piekły w wysokich, skórzanych butach do konnej jazdy. Gwen myślała o May. I o tym czy ta, wogóle jej szukała. Na pewno. Może jedynie przez szacunek do Avery. Chociaż... Nie, to nawet jak na nią zbyt okrutne, zostawić Gwendolyn w takiej sytuacji. Mimo, że May nie lubiła spełniać rozkazów i zbytnio się wychylać to lubiła zbierać pochwały i w pompatycznym geście na pewno spróbuje lub uda, że spróbowała "wyrwać Gwen z rąk prześladowców". Chociaż znęcanie się nad Gwendolyn sprawiało jej wielką satysfakcję, w jej przeżartym przez złośliwość sercu pozostało trochę uczciwego dobra i współczucia. Poza tym na pewno było by jej miło "od czasu do czasu" powspominać jak to WYBAWIŁA Gwendolyn z opresji...
Z zamyślenia wyrwał ją ochrypły krzyk:
- Nie możemy biec bez końca! - jakiś Gring ośmielił się sprzeciwiać Wielkiemu Wodzowi - Pan chce mieć ją żywą. Żywą! A nie, martwą z wycieńczenia. To człowiek, nie Gring! Nie może biec bez odpoczynku!
Gwen podniosła głowę. Wysoki, jak na Gringa żołnierz podszedł do konia Wodza i zadzierając łeb (głową tego nazwać nie było można), spoglądał wyzywająco na mężczyznę w czerwonym płaszczu. Spod kaptura wydobył się ochrypły, zimny, grubiański głos.
- Niech ci będzie, Zgoar. - mruknął cicho Wódz - Obrońca Pokrzywdzonych Panien prosi o postój. - zwrócił się drwiąco do reszty drużyny. Gringowie zaśmiali się szyderczo. Zgoar zacisnął zęby, jego twarz przybrała barwę purpury. Rzucił ukradkowe, nienawistne spojrzenie w stronę Gwen. Uniosła brwi. Sam się o to prosił. Z drugiej strony jednak, była mu w głębi serca wdzięczna. Zastanawiała się właśnie jak długo jeszcze zdoła wytrzymywać ten marsz i co zrobią Gringowie jak umrze z przemęczenia. Nie dała by rady iść tak jeszcze długo, tego była pewna. Spojrzała spode łba na wysokiego, potężnego mężczyznę na koniu. Odziany w szkarłaty, śniady człowiek o gestach, ciemnychblond włosach do ramion. Przez jego prawy policzek biegła blada blizna. Gwen uważała za swój autorytet tego, kto mu ją wyrzeźbił.
Wódz nie był jedynym człowiekiem w gromadzie. Gringowie nie myśleli zbyt wiele i na ślepo wykonywali polecenia nigdy ich nie kwestionując, ale ich tępota bywała denerwująca. Poza tym bali się i nie potrafili dosiadać koni. Gwen wątpiła też, czy jakikolwiek koń zniósłby takiego jeźdźca. Wszyscy zwiadowcy więc, byli ludźmi. Wyżsi od ciemnoskórych Gringów o szerokich szczękach i opadających w strąkach, grubych, czarnych włosach, wyglądali majestatycznie i dostojnie, jak na gburowatych i grubiańskich zbójców. Nie zasługiwali nigdy na swe stanowiska. Nie wyglądali lepiej od Gringów, a na płaszczyźnie grzeczności nie przewyższali ich ani o stopę.
- Cisza! - Wódz uniósł rękę. Wszyscy umilkli. Gringowie zatrzymali się w pół kroku. Gwen osunęła się na ziemię bez tchu w piersiach. Jakiś żołnierz brutalnie chwycił ją za ramię i wbijając paznokcie w jej dłoń, szarpnął w górę.
- Zgodnie z życzeniem wybawiciela naszej cudownej Gwendolyn, zatrzymamy się na odpoczynek i znów wyruszymy dopiero rano. Potrzeba nam tylko dogodniejszego miejsca. Ruszajmy!
Gwen wstrzymując oddech i zaciskając zęby, czując jak okropny ból rozsadza jej skronie, zrobiła krok naprzód. Tak, pierwszy krok zawsze sprawia największą trudność. Potem już, dalej jest łatwiej. Drugi, trzeci, sześćdziesiąty i pięćsetny. Nigdy już się nie zatrzyma. Dziewięćsetny, dziewięćsetny pierwszy...
Gdy Gwen myślała już, że zaraz upadnie po prostu na ziemię tak jak stoi, załoga zatrzymała się nagle. Wychynęli zza zakrętu i zobaczyli odchodzącą od szlaku niewielką polanę porośniętą zszarzałą, marną, suchą trawą. Na samym jej końcu, w ścianie wąwozu znajdowała się ciemna, płytka wnęka. Tam też postanowiono umieścić jeńca. Ktoś zrzucił na dno nawy stary, dziurawy koc. Gwen spojrzała nań ze wstrętem. Może iść w prażącym słońcu, może pić tylko kilka kropel oleistej wody dziennie, może drżeć z zimna i przemęczenia, ale nie owinie się w łach Gringa. Nagle ogarnął ją paskudny odór. Odruchowo przytknęła dłoń do nosa. Stał za nią wyjątkowo krępy i gruby Gring z buławą w łapie. Nie wyglądał miło. Był zadrapany i śmierdział cebulą. Wskazał grubym paluchem na kotlinę i chrząknął. Tak, jakby nie umiał mówić. Gwendolyn jednak bez trudu zrozumiała o co mu chodzi. W milczeniu weszła do wnęki. Na straży stali dwaj Gringowie. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, co jakiś czas wybuchając rubasznym śmiechem. Raz po raz pokazwali ją sobie palcami, jak wyjątkowo niezwykły obiekt muzealny. Nie obchodziło ją to jednak. Przez kilka ostatnich godzin, ostatkami sił toczyła bratobójczą walkę z samą sobą. Bezskuteczną walkę o tę tak cenną odrobinę nadzieji w sercu, która w razie potrzeby może rozkwitnąć nagle i niespodziewanie, by być, dawać siłę. Ale walkę tę przegrała i teraz było jej obojętne co się stanie. Zwinęła się w kłębek, oparła plecami o ścianę piaskowca. Darowany koc odrzuciła daleko od siebie bo okropnie śmierdział. Patrzyła beznamiętnym, pustym wzrokiem na uwijających się Gringów. Wbijali tyczki w ziemię, rozpinali na nich płachty namiotów. Zwiadowcy sprowadzili konie i przywiązali je do palika obok jej "celi". Konie... Przyglądała im się z cieniem uśmiechu na twarzy. Zawsze lubiła konie. Wierzchem jeździła świetnie i zawsze miała smykałkę nawet do narowistych zwierząt. Patrzyła na korpulentnego siwka, lekkiego gniadosza, dwa młode, kare fryzyjczyki, kilka kasztanków i jednego, wyniosłego, bułanego ogiera. Zwiadowcy sztywno poklepywali konie i odnosili się do nich raczej z rezerwą. Gniadosz prychnął niecierpliwie gdy jeden ze mężczyzn nakładał mu powoli paszy. Ten wzdrygnął się lekko. Do młodych, karych koni wogóle nikt nie podszedł. Gwen przyglądała się temu bez cienia zainteresowania. Jeden z koni szarpnął łbem. Rzemienna linka napięła się niebezpiecznie. Ale zwiadowcy już poszli. Z dużego, dobrze oświetlonego namiotu dolatywały pierwsze okrzyki i odgłosy uczty. Strażnicy spoglądali tęsknie w stronę bawiących się i wymieniali nieprzyjemne uwagi na temat przydzielonego im zadania. Gwen zebrała się w sobie. Nie podda się bez walki. W przestraszonym, dziewczęcym sercu wezbrała odwaga. Cicho jak mysz podpełzła do wartowników. Mieli ostre noże, w sam raz do przecięcia liny. W grobowej ciszy, drżąc podczołgała się jeszcze kawałek. Wyciągnęła rękę. Końcami długich, bladych palców dotknęła rękojeści noża. Uniosła się na łokciu i mocno ścisnęła trzonek w dłoni. Z cichutkim zgrzytem wysunął się z pochwy. Gring poruszył się i odezwał:
- Po co, u diabła nam tu ta dziewczyna?! - warknął - Więcej z nią kłopotu niż pożytku, a tak właściwie to na co komu takie dziecko, hmm?
Drugi strażnik chrząknął coś niezrozumiale. Gwen cicho, z nożem w dłoni wślizgnęła się z powrotem do swojej kotlinki. Trzonek sztyletu obwiązany był rzemieniem. Zerwała go szybko i związała garnące się na twarz włosy. Podeszła do palika z końmi. Dwaj Gringowie wciąż rozmawiali gniewnie. Nie zauważyli niczego. Skorogniady, lekki i wyraźnie wypoczęty koń odwrócił głowę w jej stronę. Odetchnęła głęboko i w miarę możności spokojnym, sprężystym krokiem podeszła do niego. Oparła stopę o palik i wspięła się na koński grzbiet. Rumak drgnął. Wyczuł zmianę. Lekka, zwinna i szybka Gwen była o wiele przyjemniejszym do noszenia jeźdzcem od potężnego zwiadowcy. Pozostałe konie zdawały się nie zwracać z na nią uwagi. Do czasu jednak, gdy nagle pochyliła się i cięciem Gringowego noża zaczęła rozcinać rzemienie uwiązów. Powróz gniadosza, którego dosiadała rozcięła tuż przy paliku i przywiązała drugim końcem do ogłowia, tworząc prymitywne wodze. Wyciągnęła rękę by pogłaskać swego wierzchowca po łbie.
- Będzie dobrze. - szepnęła - Jak już wyrwiemy się z tego bagna, będzie ci wolno pójść dokąd zechcesz.
Ścisnęła go łydkami.
- Dalej! - ponagliła z cicha. Koń ruszył stępem. Jechała za namiotami. Światło nie obejmowało jej smukłej sylwetki na ciemnym koniu. Uwolnione wierzchowce zwiadowców bezszelestnie jak cienie rozeszły się po obozie niezauważone przez ucztujących, rozochoconych trunkiem żołnierzy.
Osiągnęła już kraj obozowiska gdy nagle odezwał się krzyk:
- Panie! Panie, to Gwendolyn! Więzień na Sokratesie!
To krzyczał żołnierz, ktory wyszedł właśnie ze swego namiotu. Dostrzegł Gwen przemykającą się między parkanami. Ktoś mu odkrzyknął, ktoś wybiegł z namiotu. Tupot stóp, rżenie uciekających, uwolnionych koni. Świsnęły strzały. Ale Gwen to już nie obchodziło. Gnała szybciej niźli wiatr i każdy zryw Sokratesa w galopie zwiększał odległość między nią, a obozem i rozjuszonymi wojownikami.
Biegli przez wąwóz, na którego krawędzi Gwen została schwytana. Dawno już jednak opuścili piękny las. Słońce dawało się we znaki, wściekle prażąc i tak już rozpalony z bólu kark dziewczyny. Nogi ją bolały, a stopy wręcz piekły w wysokich, skórzanych butach do konnej jazdy. Gwen myślała o May. I o tym czy ta, wogóle jej szukała. Na pewno. Może jedynie przez szacunek do Avery. Chociaż... Nie, to nawet jak na nią zbyt okrutne, zostawić Gwendolyn w takiej sytuacji. Mimo, że May nie lubiła spełniać rozkazów i zbytnio się wychylać to lubiła zbierać pochwały i w pompatycznym geście na pewno spróbuje lub uda, że spróbowała "wyrwać Gwen z rąk prześladowców". Chociaż znęcanie się nad Gwendolyn sprawiało jej wielką satysfakcję, w jej przeżartym przez złośliwość sercu pozostało trochę uczciwego dobra i współczucia. Poza tym na pewno było by jej miło "od czasu do czasu" powspominać jak to WYBAWIŁA Gwendolyn z opresji...
Z zamyślenia wyrwał ją ochrypły krzyk:
- Nie możemy biec bez końca! - jakiś Gring ośmielił się sprzeciwiać Wielkiemu Wodzowi - Pan chce mieć ją żywą. Żywą! A nie, martwą z wycieńczenia. To człowiek, nie Gring! Nie może biec bez odpoczynku!
Gwen podniosła głowę. Wysoki, jak na Gringa żołnierz podszedł do konia Wodza i zadzierając łeb (głową tego nazwać nie było można), spoglądał wyzywająco na mężczyznę w czerwonym płaszczu. Spod kaptura wydobył się ochrypły, zimny, grubiański głos.
- Niech ci będzie, Zgoar. - mruknął cicho Wódz - Obrońca Pokrzywdzonych Panien prosi o postój. - zwrócił się drwiąco do reszty drużyny. Gringowie zaśmiali się szyderczo. Zgoar zacisnął zęby, jego twarz przybrała barwę purpury. Rzucił ukradkowe, nienawistne spojrzenie w stronę Gwen. Uniosła brwi. Sam się o to prosił. Z drugiej strony jednak, była mu w głębi serca wdzięczna. Zastanawiała się właśnie jak długo jeszcze zdoła wytrzymywać ten marsz i co zrobią Gringowie jak umrze z przemęczenia. Nie dała by rady iść tak jeszcze długo, tego była pewna. Spojrzała spode łba na wysokiego, potężnego mężczyznę na koniu. Odziany w szkarłaty, śniady człowiek o gestach, ciemnychblond włosach do ramion. Przez jego prawy policzek biegła blada blizna. Gwen uważała za swój autorytet tego, kto mu ją wyrzeźbił.
Wódz nie był jedynym człowiekiem w gromadzie. Gringowie nie myśleli zbyt wiele i na ślepo wykonywali polecenia nigdy ich nie kwestionując, ale ich tępota bywała denerwująca. Poza tym bali się i nie potrafili dosiadać koni. Gwen wątpiła też, czy jakikolwiek koń zniósłby takiego jeźdźca. Wszyscy zwiadowcy więc, byli ludźmi. Wyżsi od ciemnoskórych Gringów o szerokich szczękach i opadających w strąkach, grubych, czarnych włosach, wyglądali majestatycznie i dostojnie, jak na gburowatych i grubiańskich zbójców. Nie zasługiwali nigdy na swe stanowiska. Nie wyglądali lepiej od Gringów, a na płaszczyźnie grzeczności nie przewyższali ich ani o stopę.
- Cisza! - Wódz uniósł rękę. Wszyscy umilkli. Gringowie zatrzymali się w pół kroku. Gwen osunęła się na ziemię bez tchu w piersiach. Jakiś żołnierz brutalnie chwycił ją za ramię i wbijając paznokcie w jej dłoń, szarpnął w górę.
- Zgodnie z życzeniem wybawiciela naszej cudownej Gwendolyn, zatrzymamy się na odpoczynek i znów wyruszymy dopiero rano. Potrzeba nam tylko dogodniejszego miejsca. Ruszajmy!
Gwen wstrzymując oddech i zaciskając zęby, czując jak okropny ból rozsadza jej skronie, zrobiła krok naprzód. Tak, pierwszy krok zawsze sprawia największą trudność. Potem już, dalej jest łatwiej. Drugi, trzeci, sześćdziesiąty i pięćsetny. Nigdy już się nie zatrzyma. Dziewięćsetny, dziewięćsetny pierwszy...
Gdy Gwen myślała już, że zaraz upadnie po prostu na ziemię tak jak stoi, załoga zatrzymała się nagle. Wychynęli zza zakrętu i zobaczyli odchodzącą od szlaku niewielką polanę porośniętą zszarzałą, marną, suchą trawą. Na samym jej końcu, w ścianie wąwozu znajdowała się ciemna, płytka wnęka. Tam też postanowiono umieścić jeńca. Ktoś zrzucił na dno nawy stary, dziurawy koc. Gwen spojrzała nań ze wstrętem. Może iść w prażącym słońcu, może pić tylko kilka kropel oleistej wody dziennie, może drżeć z zimna i przemęczenia, ale nie owinie się w łach Gringa. Nagle ogarnął ją paskudny odór. Odruchowo przytknęła dłoń do nosa. Stał za nią wyjątkowo krępy i gruby Gring z buławą w łapie. Nie wyglądał miło. Był zadrapany i śmierdział cebulą. Wskazał grubym paluchem na kotlinę i chrząknął. Tak, jakby nie umiał mówić. Gwendolyn jednak bez trudu zrozumiała o co mu chodzi. W milczeniu weszła do wnęki. Na straży stali dwaj Gringowie. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, co jakiś czas wybuchając rubasznym śmiechem. Raz po raz pokazwali ją sobie palcami, jak wyjątkowo niezwykły obiekt muzealny. Nie obchodziło ją to jednak. Przez kilka ostatnich godzin, ostatkami sił toczyła bratobójczą walkę z samą sobą. Bezskuteczną walkę o tę tak cenną odrobinę nadzieji w sercu, która w razie potrzeby może rozkwitnąć nagle i niespodziewanie, by być, dawać siłę. Ale walkę tę przegrała i teraz było jej obojętne co się stanie. Zwinęła się w kłębek, oparła plecami o ścianę piaskowca. Darowany koc odrzuciła daleko od siebie bo okropnie śmierdział. Patrzyła beznamiętnym, pustym wzrokiem na uwijających się Gringów. Wbijali tyczki w ziemię, rozpinali na nich płachty namiotów. Zwiadowcy sprowadzili konie i przywiązali je do palika obok jej "celi". Konie... Przyglądała im się z cieniem uśmiechu na twarzy. Zawsze lubiła konie. Wierzchem jeździła świetnie i zawsze miała smykałkę nawet do narowistych zwierząt. Patrzyła na korpulentnego siwka, lekkiego gniadosza, dwa młode, kare fryzyjczyki, kilka kasztanków i jednego, wyniosłego, bułanego ogiera. Zwiadowcy sztywno poklepywali konie i odnosili się do nich raczej z rezerwą. Gniadosz prychnął niecierpliwie gdy jeden ze mężczyzn nakładał mu powoli paszy. Ten wzdrygnął się lekko. Do młodych, karych koni wogóle nikt nie podszedł. Gwen przyglądała się temu bez cienia zainteresowania. Jeden z koni szarpnął łbem. Rzemienna linka napięła się niebezpiecznie. Ale zwiadowcy już poszli. Z dużego, dobrze oświetlonego namiotu dolatywały pierwsze okrzyki i odgłosy uczty. Strażnicy spoglądali tęsknie w stronę bawiących się i wymieniali nieprzyjemne uwagi na temat przydzielonego im zadania. Gwen zebrała się w sobie. Nie podda się bez walki. W przestraszonym, dziewczęcym sercu wezbrała odwaga. Cicho jak mysz podpełzła do wartowników. Mieli ostre noże, w sam raz do przecięcia liny. W grobowej ciszy, drżąc podczołgała się jeszcze kawałek. Wyciągnęła rękę. Końcami długich, bladych palców dotknęła rękojeści noża. Uniosła się na łokciu i mocno ścisnęła trzonek w dłoni. Z cichutkim zgrzytem wysunął się z pochwy. Gring poruszył się i odezwał:
- Po co, u diabła nam tu ta dziewczyna?! - warknął - Więcej z nią kłopotu niż pożytku, a tak właściwie to na co komu takie dziecko, hmm?
Drugi strażnik chrząknął coś niezrozumiale. Gwen cicho, z nożem w dłoni wślizgnęła się z powrotem do swojej kotlinki. Trzonek sztyletu obwiązany był rzemieniem. Zerwała go szybko i związała garnące się na twarz włosy. Podeszła do palika z końmi. Dwaj Gringowie wciąż rozmawiali gniewnie. Nie zauważyli niczego. Skorogniady, lekki i wyraźnie wypoczęty koń odwrócił głowę w jej stronę. Odetchnęła głęboko i w miarę możności spokojnym, sprężystym krokiem podeszła do niego. Oparła stopę o palik i wspięła się na koński grzbiet. Rumak drgnął. Wyczuł zmianę. Lekka, zwinna i szybka Gwen była o wiele przyjemniejszym do noszenia jeźdzcem od potężnego zwiadowcy. Pozostałe konie zdawały się nie zwracać z na nią uwagi. Do czasu jednak, gdy nagle pochyliła się i cięciem Gringowego noża zaczęła rozcinać rzemienie uwiązów. Powróz gniadosza, którego dosiadała rozcięła tuż przy paliku i przywiązała drugim końcem do ogłowia, tworząc prymitywne wodze. Wyciągnęła rękę by pogłaskać swego wierzchowca po łbie.
- Będzie dobrze. - szepnęła - Jak już wyrwiemy się z tego bagna, będzie ci wolno pójść dokąd zechcesz.
Ścisnęła go łydkami.
- Dalej! - ponagliła z cicha. Koń ruszył stępem. Jechała za namiotami. Światło nie obejmowało jej smukłej sylwetki na ciemnym koniu. Uwolnione wierzchowce zwiadowców bezszelestnie jak cienie rozeszły się po obozie niezauważone przez ucztujących, rozochoconych trunkiem żołnierzy.
Osiągnęła już kraj obozowiska gdy nagle odezwał się krzyk:
- Panie! Panie, to Gwendolyn! Więzień na Sokratesie!
To krzyczał żołnierz, ktory wyszedł właśnie ze swego namiotu. Dostrzegł Gwen przemykającą się między parkanami. Ktoś mu odkrzyknął, ktoś wybiegł z namiotu. Tupot stóp, rżenie uciekających, uwolnionych koni. Świsnęły strzały. Ale Gwen to już nie obchodziło. Gnała szybciej niźli wiatr i każdy zryw Sokratesa w galopie zwiększał odległość między nią, a obozem i rozjuszonymi wojownikami.
poniedziałek, 11 marca 2013
Gwen
- Nie nadajesz się do tego. - mruknęła chłodno. Odrzuciła na plecy
pukiel blond włosów i zatrzepotała rzęsami. Gwen wściekle sparodiowała
jej ruch.
- Świnia. - syknęła. May obrzuciła ją morderczym spojrzeniem.
- Słyszałam. - wycedziła odwracając się tyłem. Gwen przyjrzała się jej raz jeszcze. Co było nie tak? Piękna, zielonooka blondynka stała wyprostowana. Uniosła łuk. Napięła cięciwę. Dociągnęła ją do policzka. Ramię miała rozluźnione, ale wyprostowane, przymknęła jedno oko. Lekko zmarszczyła czoło. Skupiona i odprężona zarazem, rozwarła dłoń. Strzała śmignęła z łuku w prostej linii i wbiła się równo w środek tarczy. Maybeline rozejrzała się wokół, opuszczając łuk, jakby w poszukiwaniu owacji i jak zwykle na jej twarzy pojawił się wyraz dziecinnego rozczarowania, gdy zdała sobie sprawę, że znajdują się w głuszy.
- Potrafisz tak? - musiała dać upust swemu niezadowoleniu znęcając się nad Gwen.
- Owszem. - Gwendolyn zacisnęła pięści. Nie da May tej satysfakcji, nie da się wyprowadzić równowagi.
- Czyżby? - tamta skrzyżowała ramiona na obfitej piersi. Od niechcenia oparła się o drzewo. Cała jej sylwetka mówiła: "Och, tak! Spójrzcie na mnie, na mnie! Nie na to dziecko. Jestem piękna, złotowłosa, zwinna i utalentowana. A to tutaj? Chuda i taka niewyraźna niezdara".
- Więc pokaż. Pokaż jak strzelasz z łuku, tak jak ja. - uśmiechnęła się drwiąco - No, dalej.
Gwen odetchnęła głęboko. Podjąć wyzwanie?
- Nie mogę... - zaczęła.
- Ponieważ...? - May bawiła się świetnie.
- Bo ty nie chcesz mnie nauczyć. Dlatego mi nie wychodzi.
Maybeline prychnęła pogardliwie.
- Nie pogrążaj się. - powiedziała - No, czego ci nie pokazałam? Może tego jak to się dzieje, że twoja strzała trafia w drzewo na drugim końcu polany zamiast w tarczę, hmm? Powiem ci jak. Ma beznadziejnego łucznika. - zadrwiła. Podniosła swój łuk z ziemi i weszła do namiotu. Gwen podziękowała Bogu, że nie musi mieszkać z nią w jednej komorze. Z jękiem opadła na ziemię. Od nieustannego biegania za strzałą bolało ją dosłownie wszystko. Zdarła sobie skórę na nadgarstku, gdy podczas strzału przekrzywiła łuk i cięciwa odskoczyła w złą stronę. Kiedy wspinała się na drzewo rozdarła koszulę na żebrach, co tak rozśmieszyło May, że aż zgięła się w pół ze śmiechu. Strzały Maybeline latały potulnie jak owieczki, a jej zupełnie odwrotnie. Cisnęła wściekle łuk na ziemię. Dlaczego? Dlaczego nie potrafiła się tego nauczyć? Gdyby chociaż miała cierpliwszą nauczycielkę. Nauczycielkę, której nie chce się rzucić do gardła na każdym kroku, może szło by jej lepiej. Może, pfff... na pewno! Rozejrzała się. Z namiotu dolatywał słodki śpiew May. Gotowała. Na myśl o wczorajszej rybie, którą Maybeline przyrządziła kiedy była wściekła, Gwen zemdliło. Lepiej jej nie przeszkadzać. Wstała. wyjęła z kołczanu najlepszą strzałę. Przez chwilę oddychała głęboko rozglądając się po polance. Słońce rzucało pionowe promienie na poszycie leśne, z trudem przebijając się przez gęste, skłębione gałęzie drzew. Wokół panował półmrok, z gęstwiny dolatywał świergot ptaków i szelest liści. Na polance, na której rozbiły namiot było w miarę jasno; drzewa nie rosły na niej wcale. Z gałęzi na gałąź śmignęła wiewiórka. Jej szybkoścć, zwinność i wdzięk zachwyciły dziewczynę, choć przywiodły jej na myśl kocie ruchy May. Odetchnęła raz jeszcze. No, dalej, ponagliła samą siebie, skoro Maybeline to potrafi, to i tobie powinno się udać. Napięła łuk. Miała dość jasne przeczucie, że i teraz wyjdzie jak zawsze. Poczuła jak cięciwa pręży się jej pod palcami. Wstrzymała oddech. Teraz! Strzała śmignęła z łuku z zadziwiającą prędkością. Wiatr poruszył koronami drzew gdy wbiła się głęboko w grubą gałąź dębu, jakieś pięć stóp od tarczy. Gwen cisnęła łuk na ziemię.
- Brawo! - krzyknęła kpiąco May, wybuchając śmiechem - Nawet udało ci się trafić w DRZEWO z tarczą!
Gwendolyn obrzuciła ją wściekłym spojrzeniem. Nie miała ochoty się z nią kłócić, w końcu wiedziała też kto ma rację.
Słońce zniżyło się ku zachodowi, a nad polaną unosił się kuszący zapach pieczonego mięsa. Maybeline ustawiła przed namiotem dwa pieńki i duży, płaski głaz, którego przyciągnięcie na miejsce zajęło jej dobrą godzinę. Gwendolyn była marudna i wszystko ją wściekało; od zbyt gorącej temperatury po plamę na płachcie służącej za obrus.
- Przestań już! - jęknęła May, gdy Gwen zaczęła wściekle kopać szyszki po całej polance.
- Łatwo ci mówić. - odparła - Tobie strzały wychodzą świetnie i nie musisz cierpieć wrednej, złośliwej nauczycielki łucznictwa.
- Wrednej i złośliwej? - Maybeline uśmiechnęła się krzywo - Nie sądzę.
Po posiłku Gwen, pod pretekstem poszukania drewna na opał ruszyła w las. Suche gałązki trzaskały jej pod stopami, szła chmurna i wściekła na samą siebie. Za co to? Czyżby wkładała zbyt mało chęci w pracę i przygotowania? Jakże ważne było dla niej strzelanie z łuku! I gdy swą strzałę zwycięską powiedzie, mądrość mądrości, słuszne braterstwo, to władzę zwróci przodkom swych ojców. Korona złota skronie przyozdobi. Przepowiednia miała spełnić się dla łuczniczki. Tak przynajmniej sądziła Avery, ale jej poglądów Gwen nie śmiała kwestionować. Tyle razy już im pomogła... A teraz? Zapewne znów miała rację tylko oczywiście Gwen do niczego się nie nadawała! Westchnęła smutno. Nagle usłyszała cichy szelest. Obróciła się na pięcie, zjeżyła, zesztywniała. Wydało jej się, że widzi połę czarnej peleryny zamiatającą kurz na końcu ścieżki. Nagle krzyknęła. Widziała teraz wyraźnie ciemną postać między drzewami. Zaczęła biec. Przed siebie, kalecząc stopy o wypełzające na dróżkę korzenie drzew. Usłyszała tętent kopyt. Pociemniało wokół. Drzewa rosły gęściej. Jak daleko od obozu była? Usłyszała świst. Strzała śmignęła jej koło ucha. Serce wyrywło się jej z piersi jak pragnący wolności ptak. Dyszała ciężko. Nagle poczuła jak potyka się o korzeń. Psia krew! Skąd to tu się wzięło? Podniosła się z klęczek, biegła dalej, w ustach poczuła miedziany smak krwi. Ścieżka skręciła nagle, drzewa rosły rzadziej. W głowie zapaliła się jej lampka. Gdyby udało się jej zbiec z trasy, mogłaby zgubić konie prześladowców, bądź co bądź, pościg nadal trwał. Skręciła ostro i nadzieja zgasła. Stała nad urwiskiem, głęboki wąwóz otwierał swe podwoje u jej stóp. Nie było mowy o zejściu na dół, rozejrzała się ze strachem. Dopadli mnie. To była pierwsza rzecz, o której pomyślała gdy usłyszała tuż obok siebie tupot stóp. Nie usłyszała jak nadeszli. Nie wiedziała skąd się wzięli. Gringowie. Nie śmiała drgnąć, odwrócić się, spojrzeć im w twarze. Tuż obok odezwał się ten zimny, chrapliwy, znienawidzony głos.
- To koniec wyścigu, Gwendolyn. Koniec.
- Świnia. - syknęła. May obrzuciła ją morderczym spojrzeniem.
- Słyszałam. - wycedziła odwracając się tyłem. Gwen przyjrzała się jej raz jeszcze. Co było nie tak? Piękna, zielonooka blondynka stała wyprostowana. Uniosła łuk. Napięła cięciwę. Dociągnęła ją do policzka. Ramię miała rozluźnione, ale wyprostowane, przymknęła jedno oko. Lekko zmarszczyła czoło. Skupiona i odprężona zarazem, rozwarła dłoń. Strzała śmignęła z łuku w prostej linii i wbiła się równo w środek tarczy. Maybeline rozejrzała się wokół, opuszczając łuk, jakby w poszukiwaniu owacji i jak zwykle na jej twarzy pojawił się wyraz dziecinnego rozczarowania, gdy zdała sobie sprawę, że znajdują się w głuszy.
- Potrafisz tak? - musiała dać upust swemu niezadowoleniu znęcając się nad Gwen.
- Owszem. - Gwendolyn zacisnęła pięści. Nie da May tej satysfakcji, nie da się wyprowadzić równowagi.
- Czyżby? - tamta skrzyżowała ramiona na obfitej piersi. Od niechcenia oparła się o drzewo. Cała jej sylwetka mówiła: "Och, tak! Spójrzcie na mnie, na mnie! Nie na to dziecko. Jestem piękna, złotowłosa, zwinna i utalentowana. A to tutaj? Chuda i taka niewyraźna niezdara".
- Więc pokaż. Pokaż jak strzelasz z łuku, tak jak ja. - uśmiechnęła się drwiąco - No, dalej.
Gwen odetchnęła głęboko. Podjąć wyzwanie?
- Nie mogę... - zaczęła.
- Ponieważ...? - May bawiła się świetnie.
- Bo ty nie chcesz mnie nauczyć. Dlatego mi nie wychodzi.
Maybeline prychnęła pogardliwie.
- Nie pogrążaj się. - powiedziała - No, czego ci nie pokazałam? Może tego jak to się dzieje, że twoja strzała trafia w drzewo na drugim końcu polany zamiast w tarczę, hmm? Powiem ci jak. Ma beznadziejnego łucznika. - zadrwiła. Podniosła swój łuk z ziemi i weszła do namiotu. Gwen podziękowała Bogu, że nie musi mieszkać z nią w jednej komorze. Z jękiem opadła na ziemię. Od nieustannego biegania za strzałą bolało ją dosłownie wszystko. Zdarła sobie skórę na nadgarstku, gdy podczas strzału przekrzywiła łuk i cięciwa odskoczyła w złą stronę. Kiedy wspinała się na drzewo rozdarła koszulę na żebrach, co tak rozśmieszyło May, że aż zgięła się w pół ze śmiechu. Strzały Maybeline latały potulnie jak owieczki, a jej zupełnie odwrotnie. Cisnęła wściekle łuk na ziemię. Dlaczego? Dlaczego nie potrafiła się tego nauczyć? Gdyby chociaż miała cierpliwszą nauczycielkę. Nauczycielkę, której nie chce się rzucić do gardła na każdym kroku, może szło by jej lepiej. Może, pfff... na pewno! Rozejrzała się. Z namiotu dolatywał słodki śpiew May. Gotowała. Na myśl o wczorajszej rybie, którą Maybeline przyrządziła kiedy była wściekła, Gwen zemdliło. Lepiej jej nie przeszkadzać. Wstała. wyjęła z kołczanu najlepszą strzałę. Przez chwilę oddychała głęboko rozglądając się po polance. Słońce rzucało pionowe promienie na poszycie leśne, z trudem przebijając się przez gęste, skłębione gałęzie drzew. Wokół panował półmrok, z gęstwiny dolatywał świergot ptaków i szelest liści. Na polance, na której rozbiły namiot było w miarę jasno; drzewa nie rosły na niej wcale. Z gałęzi na gałąź śmignęła wiewiórka. Jej szybkoścć, zwinność i wdzięk zachwyciły dziewczynę, choć przywiodły jej na myśl kocie ruchy May. Odetchnęła raz jeszcze. No, dalej, ponagliła samą siebie, skoro Maybeline to potrafi, to i tobie powinno się udać. Napięła łuk. Miała dość jasne przeczucie, że i teraz wyjdzie jak zawsze. Poczuła jak cięciwa pręży się jej pod palcami. Wstrzymała oddech. Teraz! Strzała śmignęła z łuku z zadziwiającą prędkością. Wiatr poruszył koronami drzew gdy wbiła się głęboko w grubą gałąź dębu, jakieś pięć stóp od tarczy. Gwen cisnęła łuk na ziemię.
- Brawo! - krzyknęła kpiąco May, wybuchając śmiechem - Nawet udało ci się trafić w DRZEWO z tarczą!
Gwendolyn obrzuciła ją wściekłym spojrzeniem. Nie miała ochoty się z nią kłócić, w końcu wiedziała też kto ma rację.
Słońce zniżyło się ku zachodowi, a nad polaną unosił się kuszący zapach pieczonego mięsa. Maybeline ustawiła przed namiotem dwa pieńki i duży, płaski głaz, którego przyciągnięcie na miejsce zajęło jej dobrą godzinę. Gwendolyn była marudna i wszystko ją wściekało; od zbyt gorącej temperatury po plamę na płachcie służącej za obrus.
- Przestań już! - jęknęła May, gdy Gwen zaczęła wściekle kopać szyszki po całej polance.
- Łatwo ci mówić. - odparła - Tobie strzały wychodzą świetnie i nie musisz cierpieć wrednej, złośliwej nauczycielki łucznictwa.
- Wrednej i złośliwej? - Maybeline uśmiechnęła się krzywo - Nie sądzę.
Po posiłku Gwen, pod pretekstem poszukania drewna na opał ruszyła w las. Suche gałązki trzaskały jej pod stopami, szła chmurna i wściekła na samą siebie. Za co to? Czyżby wkładała zbyt mało chęci w pracę i przygotowania? Jakże ważne było dla niej strzelanie z łuku! I gdy swą strzałę zwycięską powiedzie, mądrość mądrości, słuszne braterstwo, to władzę zwróci przodkom swych ojców. Korona złota skronie przyozdobi. Przepowiednia miała spełnić się dla łuczniczki. Tak przynajmniej sądziła Avery, ale jej poglądów Gwen nie śmiała kwestionować. Tyle razy już im pomogła... A teraz? Zapewne znów miała rację tylko oczywiście Gwen do niczego się nie nadawała! Westchnęła smutno. Nagle usłyszała cichy szelest. Obróciła się na pięcie, zjeżyła, zesztywniała. Wydało jej się, że widzi połę czarnej peleryny zamiatającą kurz na końcu ścieżki. Nagle krzyknęła. Widziała teraz wyraźnie ciemną postać między drzewami. Zaczęła biec. Przed siebie, kalecząc stopy o wypełzające na dróżkę korzenie drzew. Usłyszała tętent kopyt. Pociemniało wokół. Drzewa rosły gęściej. Jak daleko od obozu była? Usłyszała świst. Strzała śmignęła jej koło ucha. Serce wyrywło się jej z piersi jak pragnący wolności ptak. Dyszała ciężko. Nagle poczuła jak potyka się o korzeń. Psia krew! Skąd to tu się wzięło? Podniosła się z klęczek, biegła dalej, w ustach poczuła miedziany smak krwi. Ścieżka skręciła nagle, drzewa rosły rzadziej. W głowie zapaliła się jej lampka. Gdyby udało się jej zbiec z trasy, mogłaby zgubić konie prześladowców, bądź co bądź, pościg nadal trwał. Skręciła ostro i nadzieja zgasła. Stała nad urwiskiem, głęboki wąwóz otwierał swe podwoje u jej stóp. Nie było mowy o zejściu na dół, rozejrzała się ze strachem. Dopadli mnie. To była pierwsza rzecz, o której pomyślała gdy usłyszała tuż obok siebie tupot stóp. Nie usłyszała jak nadeszli. Nie wiedziała skąd się wzięli. Gringowie. Nie śmiała drgnąć, odwrócić się, spojrzeć im w twarze. Tuż obok odezwał się ten zimny, chrapliwy, znienawidzony głos.
- To koniec wyścigu, Gwendolyn. Koniec.
Witajcie!
Jestem Hermiona, lubię pisać. Z tego powodu postanowiłam opublikować wam fragmenty moich opowiadań.
Będę starać się dodawać notki regularnie :)
Wysyłajcie opinie! Jestem otwarta na wszelkie sugestie.
Pozdro!
Będę starać się dodawać notki regularnie :)
Wysyłajcie opinie! Jestem otwarta na wszelkie sugestie.
Pozdro!
Subskrybuj:
Posty (Atom)