Gwendolyn biegła. Ubiór przesiąknięty miała potem, twarz poczerniałą od
brudu, ciemne loki posklejane, a na plecach czerwone, zarumienione pręgi
po uderzeniach bata. Zielona koszula wisiała na niej w strzępach,
ciemną skórę nogawic pokrywały plamy błota. Gring biegnący za nią co
jakiś czas smagał ją nahajką. W parnym powietrzu unosił się zapach potu i
okropny odór gnijącego mięsa. Biegnący Gringowie wzbijali w powietrze
tumany kurzu. Byli dużo wyżsi od Gwen, pył spod ich stóp sprawiał, że
dziewczynie oddychało się jeszcze ciężej. Krztusiła się, język miała
zupełnie suchy. W ustach brakło jej śliny, a krew z rozciętej wargi
spływała jej po podbródku. Gringowie parli okrutnie naprzód, a ona była
potwornie zmęczona. Otarła brudną ręką pot z czoła. Czuła piasek pod
powiekami, było jej bardzo gorąco, a mimo to drżała.
Biegli przez wąwóz, na którego krawędzi Gwen została schwytana. Dawno
już jednak opuścili piękny las. Słońce dawało się we znaki, wściekle
prażąc i tak już rozpalony z bólu kark dziewczyny. Nogi ją bolały, a
stopy wręcz piekły w wysokich, skórzanych butach do konnej jazdy. Gwen
myślała o May. I o tym czy ta, wogóle jej szukała. Na pewno. Może
jedynie przez szacunek do Avery. Chociaż... Nie, to nawet jak na nią
zbyt okrutne, zostawić Gwendolyn w takiej sytuacji. Mimo, że May nie
lubiła spełniać rozkazów i zbytnio się wychylać to lubiła zbierać
pochwały i w pompatycznym geście na pewno spróbuje lub uda, że
spróbowała "wyrwać Gwen z rąk prześladowców". Chociaż znęcanie się nad
Gwendolyn sprawiało jej wielką satysfakcję, w jej przeżartym przez
złośliwość sercu pozostało trochę uczciwego dobra i współczucia. Poza
tym na pewno było by jej miło "od czasu do czasu" powspominać jak to
WYBAWIŁA Gwendolyn z opresji...
Z zamyślenia wyrwał ją ochrypły krzyk:
- Nie możemy biec bez
końca! - jakiś Gring ośmielił się sprzeciwiać Wielkiemu Wodzowi - Pan
chce mieć ją żywą. Żywą! A nie, martwą z wycieńczenia. To człowiek, nie
Gring! Nie może biec bez odpoczynku!
Gwen podniosła głowę. Wysoki, jak na Gringa żołnierz podszedł do konia
Wodza i zadzierając łeb (głową tego nazwać nie było można), spoglądał
wyzywająco na mężczyznę w czerwonym płaszczu. Spod kaptura wydobył się
ochrypły, zimny, grubiański głos.
- Niech ci będzie, Zgoar. - mruknął cicho Wódz - Obrońca
Pokrzywdzonych Panien prosi o postój. - zwrócił się drwiąco do reszty
drużyny. Gringowie zaśmiali się szyderczo. Zgoar zacisnął zęby, jego
twarz przybrała barwę purpury. Rzucił ukradkowe, nienawistne spojrzenie w
stronę Gwen. Uniosła brwi. Sam się o to prosił. Z drugiej strony
jednak, była mu w głębi serca wdzięczna. Zastanawiała się właśnie jak
długo jeszcze zdoła wytrzymywać ten marsz i co zrobią Gringowie jak
umrze z przemęczenia. Nie dała by rady iść tak jeszcze długo, tego była
pewna. Spojrzała spode łba na wysokiego, potężnego mężczyznę na koniu.
Odziany w szkarłaty, śniady człowiek o gestach, ciemnychblond włosach do
ramion. Przez jego prawy policzek biegła blada blizna. Gwen uważała za
swój autorytet tego, kto mu ją wyrzeźbił.
Wódz nie był jedynym człowiekiem w gromadzie. Gringowie nie myśleli zbyt
wiele i na ślepo wykonywali polecenia nigdy ich nie kwestionując, ale
ich tępota bywała denerwująca. Poza tym bali się i nie potrafili
dosiadać koni. Gwen wątpiła też, czy jakikolwiek koń zniósłby takiego
jeźdźca. Wszyscy zwiadowcy więc, byli ludźmi. Wyżsi od ciemnoskórych
Gringów o szerokich szczękach i opadających w strąkach, grubych,
czarnych włosach, wyglądali majestatycznie i dostojnie, jak na
gburowatych i grubiańskich zbójców. Nie zasługiwali nigdy na swe
stanowiska. Nie wyglądali lepiej od Gringów, a na płaszczyźnie
grzeczności nie przewyższali ich ani o stopę.
- Cisza! - Wódz uniósł rękę. Wszyscy umilkli. Gringowie zatrzymali
się w pół kroku. Gwen osunęła się na ziemię bez tchu w piersiach. Jakiś
żołnierz brutalnie chwycił ją za ramię i wbijając paznokcie w jej dłoń,
szarpnął w górę.
- Zgodnie z życzeniem wybawiciela naszej cudownej Gwendolyn,
zatrzymamy się na odpoczynek i znów wyruszymy dopiero rano. Potrzeba nam
tylko dogodniejszego miejsca. Ruszajmy!
Gwen wstrzymując oddech i
zaciskając zęby, czując jak okropny ból rozsadza jej skronie, zrobiła
krok naprzód. Tak, pierwszy krok zawsze sprawia największą trudność.
Potem już, dalej jest łatwiej. Drugi, trzeci, sześćdziesiąty i
pięćsetny. Nigdy już się nie zatrzyma. Dziewięćsetny, dziewięćsetny
pierwszy...
Gdy Gwen myślała już, że zaraz upadnie po prostu na ziemię tak jak stoi,
załoga zatrzymała się nagle. Wychynęli zza zakrętu i zobaczyli
odchodzącą od szlaku niewielką polanę porośniętą zszarzałą, marną, suchą
trawą. Na samym jej końcu, w ścianie wąwozu znajdowała się ciemna,
płytka wnęka. Tam też postanowiono umieścić jeńca. Ktoś zrzucił na dno
nawy stary, dziurawy koc. Gwen spojrzała nań ze wstrętem. Może iść w
prażącym słońcu, może pić tylko kilka kropel oleistej wody dziennie,
może drżeć z zimna i przemęczenia, ale nie owinie się w łach Gringa.
Nagle ogarnął ją paskudny odór. Odruchowo przytknęła dłoń do nosa. Stał
za nią wyjątkowo krępy i gruby Gring z buławą w łapie. Nie wyglądał
miło. Był zadrapany i śmierdział cebulą. Wskazał grubym paluchem na
kotlinę i chrząknął. Tak, jakby nie umiał mówić. Gwendolyn jednak bez
trudu zrozumiała o co mu chodzi. W milczeniu weszła do wnęki. Na straży
stali dwaj Gringowie. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, co jakiś
czas wybuchając rubasznym śmiechem. Raz po raz pokazwali ją sobie
palcami, jak wyjątkowo niezwykły obiekt muzealny. Nie obchodziło ją to
jednak. Przez kilka ostatnich godzin, ostatkami sił toczyła bratobójczą
walkę z samą sobą. Bezskuteczną walkę o tę tak cenną odrobinę nadzieji w
sercu, która w razie potrzeby może rozkwitnąć nagle i niespodziewanie,
by być, dawać siłę. Ale walkę tę przegrała i teraz było jej obojętne co
się stanie. Zwinęła się w kłębek, oparła plecami o ścianę piaskowca.
Darowany koc odrzuciła daleko od siebie bo okropnie śmierdział. Patrzyła
beznamiętnym, pustym wzrokiem na uwijających się Gringów. Wbijali
tyczki w ziemię, rozpinali na nich płachty namiotów. Zwiadowcy
sprowadzili konie i przywiązali je do palika obok jej "celi". Konie...
Przyglądała im się z cieniem uśmiechu na twarzy. Zawsze lubiła konie.
Wierzchem jeździła świetnie i zawsze miała smykałkę nawet do narowistych
zwierząt. Patrzyła na korpulentnego siwka, lekkiego gniadosza, dwa
młode, kare fryzyjczyki, kilka kasztanków i jednego, wyniosłego,
bułanego ogiera. Zwiadowcy sztywno poklepywali konie i odnosili się do
nich raczej z rezerwą. Gniadosz prychnął niecierpliwie gdy jeden ze
mężczyzn nakładał mu powoli paszy. Ten wzdrygnął się lekko. Do młodych,
karych koni wogóle nikt nie podszedł. Gwen przyglądała się temu bez
cienia zainteresowania. Jeden z koni szarpnął łbem. Rzemienna linka
napięła się niebezpiecznie. Ale zwiadowcy już poszli. Z dużego, dobrze
oświetlonego namiotu dolatywały pierwsze okrzyki i odgłosy uczty.
Strażnicy spoglądali tęsknie w stronę bawiących się i wymieniali
nieprzyjemne uwagi na temat przydzielonego im zadania. Gwen zebrała się w
sobie. Nie podda się bez walki. W przestraszonym, dziewczęcym sercu
wezbrała odwaga. Cicho jak mysz podpełzła do wartowników. Mieli ostre
noże, w sam raz do przecięcia liny. W grobowej ciszy, drżąc podczołgała
się jeszcze kawałek. Wyciągnęła rękę. Końcami długich, bladych palców
dotknęła rękojeści noża. Uniosła się na łokciu i mocno ścisnęła trzonek w
dłoni. Z cichutkim zgrzytem wysunął się z pochwy. Gring poruszył się i
odezwał:
- Po co, u diabła nam tu ta dziewczyna?! - warknął - Więcej z nią
kłopotu niż pożytku, a tak właściwie to na co komu takie dziecko, hmm?
Drugi
strażnik chrząknął coś niezrozumiale. Gwen cicho, z nożem w dłoni
wślizgnęła się z powrotem do swojej kotlinki. Trzonek sztyletu obwiązany
był rzemieniem. Zerwała go szybko i związała garnące się na twarz
włosy. Podeszła do palika z końmi. Dwaj Gringowie wciąż rozmawiali
gniewnie. Nie zauważyli niczego. Skorogniady, lekki i wyraźnie wypoczęty
koń odwrócił głowę w jej stronę. Odetchnęła głęboko i w miarę możności
spokojnym, sprężystym krokiem podeszła do niego. Oparła stopę o palik i
wspięła się na koński grzbiet. Rumak drgnął. Wyczuł zmianę. Lekka,
zwinna i szybka Gwen była o wiele przyjemniejszym do noszenia jeźdzcem
od potężnego zwiadowcy. Pozostałe konie zdawały się nie zwracać z na nią
uwagi. Do czasu jednak, gdy nagle pochyliła się i cięciem Gringowego
noża zaczęła rozcinać rzemienie uwiązów. Powróz gniadosza, którego
dosiadała rozcięła tuż przy paliku i przywiązała drugim końcem do
ogłowia, tworząc prymitywne wodze. Wyciągnęła rękę by pogłaskać swego
wierzchowca po łbie.
- Będzie dobrze. - szepnęła - Jak już wyrwiemy się z tego bagna, będzie ci wolno pójść dokąd zechcesz.
Ścisnęła go łydkami.
- Dalej! - ponagliła z cicha. Koń ruszył stępem. Jechała za
namiotami. Światło nie obejmowało jej smukłej sylwetki na ciemnym koniu.
Uwolnione wierzchowce zwiadowców bezszelestnie jak cienie rozeszły się
po obozie niezauważone przez ucztujących, rozochoconych trunkiem
żołnierzy.
Osiągnęła już kraj obozowiska gdy nagle odezwał się krzyk:
- Panie! Panie, to Gwendolyn! Więzień na Sokratesie!
To
krzyczał żołnierz, ktory wyszedł właśnie ze swego namiotu. Dostrzegł
Gwen przemykającą się między parkanami. Ktoś mu odkrzyknął, ktoś wybiegł
z namiotu. Tupot stóp, rżenie uciekających, uwolnionych koni. Świsnęły
strzały. Ale Gwen to już nie obchodziło. Gnała szybciej niźli wiatr i
każdy zryw Sokratesa w galopie zwiększał odległość między nią, a obozem i
rozjuszonymi wojownikami.
DALEJ PLOSZE :3
OdpowiedzUsuńNapiszę to co teraz przychodzi mi na myśl. Wow!!!
OdpowiedzUsuńJesteś świetna i twoje opowiadanie też!!! Rządam kolejnej części!!!
OdpowiedzUsuń