Gwendolyn osunęła się na trawę. Była znużona. Całodzienna jazda
zrobiła swoje. Czuła się ociężała i niezwykle senna. Patrzyła trochę
nieprzytomnym wzrokiem na fragment pieczeni ociekający tłuszczem i
pachnący wręcz odurzająco.
Na twarz May powracała już naturalna opryskliwość, ale dziewczyna
uśmiechnęła się ciepło i krzepiąco do Gwen. Ostrożnie zdjęła mięso z
rożna.
- Jedz. - zawinęła je w starannie zaplecioną garść szypioru i podała Gwendolyn. Ta schwyciła je łapczywie.
- Mam jeszcze chleb. - Maybeline wyciągnęła w stronę przyjaciółki
grubą, białą kromkę. Gwen ujęła go ostrożnie w trochę brudną dłoń.
Spojrzała na May z wdzięcznością; nie mogła przemówić bo usta miała
pełne pieczonego drobiu i jasnego pieczywa. Dopiero gdy przełknęła
głośno, odezwała się:
- Dziękuję ci. Kiedy wróciłam na polanę wczorajszego wieczoru byłam przerażona, ciebie nie było i...
May prychnęła pogardliwie.
- Ha! - żachnęła się - TY byłaś przerażona, powiadasz? - ironia w jej
głosie odwróciła na krótką chwilę uwagę Gwen, dotąd skupioną na
kurczaku - A co ja mam powiedzieć?! Z miną godną skazańca odchodzisz od
obozowiska i nie wracasz. Nie pogrążyłam się w rozpaczy, to fakt, a
przez pewien czas sądziłam nawet, że zrobiłaś to, żeby mnie nabrać na
oh! jakże wspaniały i pomysłowy dowcip, ale wkrótce zaczęłam się
denerwować. Przeszukałam las w promieniu mili od obozu, a kiedy cię nie
znalazłam wróciłam na noc. Po zjedzonym na prędce śniadaniu
stwierdziłam, że nic tam po mnie i coś zaradzić może jedynie Avery, tak
więc uznałam, że im szybciej się u niej znajdę, tym lepiej dla ciebie.
Lecz, o dziwo, słuchaj uważnie, Gwendolyn bo to będzie dobre, uwierzyłam
w twoje umiejętności. - uśmiechnęła się kpiąco - Tak więc pozostawiłam
ci wiadomość na polance i postanowiłam czekać w lesie na wzgórzu. Co
jakiś czas rozpływałam się nad swą pomysłowością i sprytem, a kiedy
indziej przeklinałam samą siebie, że się ociągam bo każda chwila mogła
przecież decydować o twoim życiu lub śmierci. Lecz, jak zwykle intuicja
mnie nie zawiodła. - dodała unosząc dumnie głowę i potrząsając piękną
blond grzywą - Ale co się stało z tobą? - zapytała nagle. Wcześniej
przechadzała się tam i z powrotem przy ognisku, teraz gwałtownie osunęła
się na ziemię i przysiadła tuż obok Gwen. Przysunęła się blisko niej,
lekko drżąc z podniecenia. No jasne! Niezależnie od powagi sytuacji,
wścibskość May zawsze brała górę. Gwendolyn zmierzyła ją posępnym
spojrzeniem. Zamyśliła się celowo, zerkając co chwilę na Maybeline.
Pogładziła czule swoje gęste, zmierzwione i teraz trochę zaniedbane,
ciemnobrązowe loki. Rozkoszowała się zniecierpliwieniem i ciekawością
May. Sama nie do końca wiedziała dlaczego... Może dlatego, że ta, przy
której zawsze schodziła na dalszy plan, w tej chwili obdarzała ją tak
szczerym zainteresowaniem i uwagą. Odkaszlnęła.
- Kiedy poszłam wtedy na hmm... spacer usłyszałam tętent. Możesz mnie
uważać za tępą, May, ale mam na tyle rozsądku by uznać oddział konnych
za dość nietypowe zjawisko w środku lasu. Umiem biegać szybko, ale, co
jest zresztą oczywiste w starciu z koniem nie mam szans. Schwytali mnie.
Gringowie. - (z ust May wydarł się zduszony okrzyk) - Wielki Wódz
ściągnął zastępy wojsk z północy. Szli wąwozem, chyba w stronę Nerin...
Zatrzymali się na polanie. Ale nie poznali się na mnie. - uśmiechnęła
się krzywo - Ukradłam im konia. - wskazała ruchem głowy na Sokratesa i
przywołała go cichym gwizdnięciem - Jest bardzo szybki. I chyba mnie
polubił. - dodała z uśmiechem - Wróciłam na miejsce obozu i tam,
stwierdziwszy oczywiście, że ciebie nie zastałam spędziłam noc na
miejscu. Rankiem, trochę przerażona co dalej począć znalazłam list z
broszką. Skierowałam się więc na północ. I znalazłam cię. Swoją drogą, -
przekrzywiła lekko głowę - niezły list. Ta wzmianka o krajobrazie
Dortmundii... - uśmiechnęła się z uznaniem. Maybeline zarumieniła się.
Potarła dłonią obsypany piegami nos.
- Gringowie... - szepnęła - Skoro schwycili cię na krawędzi
wąwozu..., czy tak? - uniosła brwi, (Gwendolyn przytaknęła skinieniem
głowy) - W takim wypadku nie mają prawa wiedzieć gdzie znajdował się
obóz, a więc nie mają też jak odkryć naszego teraźniejszego położenia -
zamarła nasłuchując i marszcząc brwi - Ptaki. - mruknęła z irytacją.
Przyciągnęła się ziewając.
- Niezależnie od tego co było, trzeba iść dalej. - rzuciła podchodząc
do karej Klingi - To, że masz konia znacznie ułatwi sprawę. Tylko, że
obecność Gringów nie wróży niczego dobrego... - May zamyśliła się - Są
już tutaj, a na stepach nie mają przecież żadnej placówki. Sądzę, że
trzeba jechać do Avery. Nie mamy zresztą wyboru. Miałyśmy się ukryć.
Czekać. Szkolić. - tu uśmiechnęła się drwiąco - Ale sama chyba widzisz,
że to nie ma sensu.
Gwen skinęła tylko głową. Nie rozmawiały więcej. May prawie zupełnie
ugasiła ognisko. Przywiązała Klingę między drzewami. Wyjęła śpiwór oraz
koce i rozłożyła je na ziemi. Otuliła się wełnianym szalem i położyła.
Gwen poszła w jej ślady. Wzięła koc od Maybeline i rozsiodłała
Sokratesa. Rumak prychnął przyjaźnie i ułożył się tuż obok dziewczyny.
Gwen spojrzała w gwiazdy. Migotały srebrno-błękitnym blaskiem. Zdawały
się pulsować, rosnąć, maleć, czasem znikać... A przecież wciąż i
nieprzerwanie trwały. Były. Gwen wysunęła skrzyżowane ramiona pod głowę.
Nagle z zamyślenia wyrwał ją słodki i dźwięczny głos May:
- Jak myślisz, co powie Avery gdy dowie się, że zostałaś schwytana?
Gwendolyn odwróciła głowę w jej stronę. Maybeline patrzyła w niebo i
wydawała się wręcz nie zdawać sobie sprawy z obecności Gwen. Ta jednak
stwierdziła, że pytanie najprawdopodobniej zostało skierowane do niej.
- Będzie wściekła. Pamiętasz może jak, gdy przyjechała wtedy do
Dortmundii podsłuchałyśmy jej rozmowę z moim ojcem? - (May potwierdziła
szybko) - Mówiła coś o znajomościach... Pamiętam jej krzyki...
"Gwendolyn i tak nie jest bezpieczna! W końcu ją znajdą! Was wszystkich
wymordują! Nie oszczędzą pańskiej córki. A zwłaszcza jej. Wciąż można ją
uratować! Może się ukryć w Dzikich Górach, wśród ludzi, o których nawet
On pamięta i dba by nie wzbudzili w sobie dawnego gniewu. Jego
zagorzali przeciwnicy. Jak samotne fortece wyrastające z głębi jego
coraz liczniejszych zwolenników. Nie można się oszukiwać. Tu, wśród
pasterzy i drwali... Nie uda wam się jej ochronić". Ojciec był na te
przestrogi wyraźnie głuchy. Dopóki nie powiedziała mu takich słów:
"Będziesz głupcem jeśli nie posłuchasz. Tu nie chodzi o jedno życie. Ba!
Choćby o setkę żyć. Ale o całe przyszłe losy Dagorladu, a może i
Zamorskich Krain. Jedno wiedz: Gwendolyn z Dortmundii urośnie w oczach
ludu do rozmiarów legendy lub zapadnie się na zawsze w bagienną moc
ludzkich ograniczeń". Może zamierza wysłać nas do jednego z tych swoich
przyjaciół?
- No! - przytaknęła energicznie Maybeline - Ale twój ojciec, stary
cieśla i tak za bardzo się nie pospieszył. Nie uniknęli jatki...
Gwen nie podziwiała towarzyszki za swobodę z jaką ta mogła rozmawiać o
wydarzeniach z ostatnich miesięcy. Czasem znów stawał jej przed oczami
obraz wątłej, ale silnej i wysokiej Avery. Takiej jej Gwendolyn jeszcze
nigdy nie widziała. Jej sięgające ramion, gęste, proste, rude włosy
splamione były krwią i rozwiane. Nad głową wznosiła krótki miecz,
źrenice rozszerzyły się ze strachu. Wrzasnęła: "Uciekajcie!".
Podziałało. I odeszły. Wtedy gdy przecież mogły się przydać. Gwen nigdy,
mimo zapewnień Avery nie pozbyła się wyrzutów sumienia. Zacisnęła
wargi, czując dziwne pieczenie w gardle. Powieki jej opadły, wydało jej
się, że zapada się w ciemność.
Obudziła ją głośna krzątanina May, która nie dość, że śpiewała, to
jeszcze nie starała się zbytnio by poruszane dłonią garnki nie
pobrzękiwały, a liście i suche patyki nie szeleściły i trzaskały pod
stopami. Gwen podniosła się na łokciu i spojrzała na Maybeline z
wyrzutem.
- Robisz to specjalnie. - stwierdziła ponuro. May uśmiechnęła się do niej słodko i sztucznie.
- Naprawdę? - przykucnęła przed Gwendolyn i w irytujący sposób
przechylając na bok głowę, poklepała ją po policzku. Gwen gniewnie
odtrąciła jej dłoń.
- Och, wybacz... - roześmiała się szyderczo - Tak mi przykro, że nie
pasuje ci mój sposób bycia, ale pamiętaj: ja też mam MNÓSTWO powodów do
zastrzeżeń! - dodała radośnie, patrząc krytycznie na zmierzwione, ciemne
loki Gwen i jednocześnie mnąc w palcach jeden ze swych idealnych blond
kosmyków. Gwendolyn podniosła się z ziemi, zwijając koce i otrzepując
kolana, nawet nie zerknąwszy na Maybeline. Ta jednak, nie przejęła się
tym zbytnio. Wciąż nucąc powróciła do przygotowywania skromnego
śniadania złożonego z kilku jabłek, kawałka chleba, garści szczypioru i
kostki tłustego, wilgotnego, pachnącego białego sera twarogowego.
- Jeśli chcesz coś zjeść, to łaskawie radzę ci przestać zachowywać się w ten sposób. - powiedziała wyniośle.
- Jaki sposób? - wycedziła patrząc na nią spode łba.
- Taki. - May pokiwała głową - Dużo mi zawdzięczasz.
Gwen zakrztusiła się wodą, którą właśnie powoli sączyła ze swej manierki.
- Powtórz raz jeszcze, bo chyba nie dosłyszałam! - zawołała drwiąco - Ja?! Tobie?!
- Ależ owszem. - niewzruszenie i cierpliwość May wyraźnie irytowały
Gwendolyn - Pomyśl. Co byś zrobiła gdybyś nie znalazła mojej wiadomości?
Mogłabym przecież jechać od razu do Avery. Ale ty pewnie zdążyłabyś już
umrzeć z głodu. Tu nie chodzi o jakąś szczególnie namacalną pomoc, ale
mój rozsądek i umiejętność radzenia sobie w sytuacji kryzysowej.
Racja. Gwen wolała się nie zastanawiać co by było gdyby nie znalazła
wiadomości. Uwaga była trafna. I dość bolesna. Nie wiedząc do końca
dlaczego to robi, Gwendolyn powiedziała:
- Ależ to zupełnie naturalne, że teraz wypominasz mi swoje hmm... zasługi.
- Dlaczego? - Maybeline spojrzała na nią podejrzliwie.
- To oczywiste. Masz kompleks mniejszości. - Gwen uśmiechnęła się -
To takie straszne, że nie nasza Maybeline jest głównym ośrodkiem
wydarzeń, nie odgrywa najważniejszej roli. - zaszczebiotała ironicznym,
wysokim głosem - Tylko ja. - dodała beztrosko. Od razu wiedziała, że cios był celny. I taki się okazał.
Maybeline skrzywiła się zniesmaczona, przez jej twarz przemknął grymas
wściekłości.
- Nieprawda! - wysyczała zjadliwym szeptem - Myślisz, że chciałabym być na twoim miejscu?
- No... - Gwen, choć wiedziała, że już i tak posunęła się za daleko uśmiechnęła się niewinnie.
- A więc... a więc... więc mylisz się! - wykrzyknęła May. Nie trudno było zgadnąć, że znajduje się na krawędzi wybuchu.
- Myślisz, że chciałabym być tobą albo przynajmniej pełnić twoją
rolę?! - ciągnęła krzycząc głośno - Nic nie robisz, nic się nie dzieje!
Nie ratujesz świata, nie robisz niczego szczególnego! Nikt o tobie nie
wie, a mimo to masz TAMTYCH na karku. Musisz się ukrywać przed wrogiem,
choć sama tak naprawdę nie znasz powodów, dla których to robisz! Co to
za rola! Nawet ta przepowiednia, która jakoby ma ciebie dotyczyć, wydaje
mi się nieścisła, bo przecież słowa: to władzę zwróci przodkom swych ojców
znaczą chyba, że pochodzisz z królewskiego rodu. A tego chyba o sobie
nie powiesz! - zadrwiła i odbiegła szybko do Klingi, stając tyłem do
towarzyszki. Natomiast sama Gwendolyn stała lekko zgarbiona, z
zaciśniętymi pięściami, oddychała ciężko i głośno. Na jej policzki
wystąpiły ciemne, czerwone rumieńce. Była wściekła. Na uśmiechniętą
drwiąco Maybeline, która śmiała przepowiednię i wielkość roli, którą
ona, Gwen odgrywała w całej sprawie poddać w wątpliwość. Poczuła jak
gorąca krew uderza jej do głowy, miała wielką ochotę pobiec za May i
uraczyć ją jakąś szczególnie ostrą uwagą, ale stwierdziła słusznie, że
May tylko na to czeka. Na okazanie, że jej słowa ją, Gwen dotknęły.
Stała więc w bezruchu, patrząc na Maybeline, która powoli zbierała ich
cały dobytek i ładowała na Klingę oraz, z pewną niepewnością w ruchach
na Sokratesa. Gwendolyn, wciąż patrząc na towarzyszkę wilkiem, sięgnęła
powoli po kawałek twarożku, kromkę chleba i jabłko. Zjadła posiłek w
milczeniu. Maybeline mimo, że pozornie zajmowała się swoimi sprawami, co
jakiś czas zerkała w jej stronę. Gwen nie zwracała na nią najmniejszej
uwagi. Otarła usta wierzchem dłoni i odrzuciła za siebie ogryzek po
owocu.
- Musimy jechać. - powiedziała głośno. May tylko skinęła głową.
Rozkopywała czubkiem buta ognisko, zasypywała je i rozrzucała wokół
zwęglone drwa. Pochyliła się i z obrzydzeniem zanurzyła dłonie w
popiele, przyklepała go i zasypała piaskiem. Trąciła swe dzieło kilka
razy butem po czym, zadowolona z siebie
skoczyła na konia. Nie czekała na Gwen i nim ta wciągnęła się na siodło
Sokratesa, opuściła już polankę i jechała w dół, kołysząc się lekko na
końskim grzbiecie. Zjeżdżały ze wzgórza drugą stroną, nie tą, od której
przyjechała Gwen także dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
Rozciągała się przed nimi równina tak płaska, że widoczność nie była
niczym ograniczona. Niska, zszarzała, ostra trawa falowała lekko na
delikatnym, ożywczym, chłodnym wietrze. Oprócz traw rosły tam tylko
zawilce, a i tak bardzo rzadko bo małymi kępkami, i tylko w miejscach
gdzie trawy było mniej. Poza tym step urozmaicony był jedynie jałowymi,
krępymi, iglastymi krzewami. Niebo było szaro-niebieskie i zachmurzone.
Niewątpliwie zanosiło się na deszcz. Maybeline odetchnęła pełną piersią.
- Pięknie. - powiedziała głośno. Nie wyglądała jednak wcale na
szczęśliwą. Nagle do ich uszu doszedł odgłos, który zmroził im krew w
żyłach i sprawił, że obie momentalnie pobladły. Tętent. Tętent kopyt.
Odwróciły głowy. Od strony wzgórza galopowało ku nim czterech jeźdźców w
czerwonych pelerynach. Ich płaszcze łopotały i wzdymały się na wietrze,
tak że wyglądały jak umoczone we krwi pióra kruka. Przerażenie na
krótką chwilę sparaliżowało Gwen. Dopiero później, jakby z oddali dotarł
do niej krzyk Maybeline.
- No już! JEDŹ!
Ruszyła. Sokrates zarżał głośno i zerwał się do galopu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz