sobota, 16 marca 2013

Gwen I

Gwendolyn biegła. Ubiór przesiąknięty miała potem, twarz poczerniałą od brudu, ciemne loki posklejane, a na plecach czerwone, zarumienione pręgi po uderzeniach bata. Zielona koszula wisiała na niej w strzępach, ciemną skórę nogawic pokrywały plamy błota. Gring biegnący za nią co jakiś czas smagał ją nahajką. W parnym powietrzu unosił się zapach potu i okropny odór gnijącego mięsa. Biegnący Gringowie wzbijali w powietrze tumany kurzu. Byli dużo wyżsi od Gwen, pył spod ich stóp sprawiał, że dziewczynie oddychało się jeszcze ciężej. Krztusiła się, język miała zupełnie suchy. W ustach brakło jej śliny, a krew z rozciętej wargi spływała jej po podbródku. Gringowie parli okrutnie naprzód, a ona była potwornie zmęczona.  Otarła brudną ręką pot z czoła. Czuła piasek pod powiekami, było jej bardzo gorąco, a mimo to drżała.
Biegli przez wąwóz, na którego krawędzi Gwen została schwytana. Dawno już jednak opuścili piękny las. Słońce dawało się we znaki, wściekle prażąc i tak już rozpalony z bólu kark dziewczyny. Nogi ją bolały, a stopy wręcz piekły w wysokich, skórzanych butach do konnej jazdy. Gwen myślała o May. I o tym czy ta, wogóle jej szukała. Na pewno. Może jedynie przez szacunek do Avery. Chociaż... Nie, to nawet jak na nią zbyt okrutne, zostawić Gwendolyn w takiej sytuacji. Mimo, że May nie lubiła spełniać rozkazów i zbytnio się wychylać to lubiła zbierać pochwały i w pompatycznym geście na pewno spróbuje lub uda, że spróbowała "wyrwać Gwen z rąk prześladowców". Chociaż znęcanie się nad Gwendolyn sprawiało jej wielką satysfakcję, w jej przeżartym przez złośliwość sercu pozostało trochę uczciwego dobra i współczucia. Poza tym na pewno było by jej miło "od czasu do czasu" powspominać jak to WYBAWIŁA Gwendolyn z opresji...
Z zamyślenia wyrwał ją ochrypły krzyk:
 - Nie możemy biec bez końca! - jakiś Gring ośmielił się sprzeciwiać Wielkiemu Wodzowi - Pan chce mieć ją żywą. Żywą! A nie, martwą z wycieńczenia. To człowiek, nie Gring! Nie może biec bez odpoczynku!
Gwen podniosła głowę. Wysoki, jak na Gringa żołnierz podszedł do konia Wodza i zadzierając łeb (głową tego nazwać nie było można), spoglądał wyzywająco na mężczyznę w czerwonym płaszczu. Spod kaptura wydobył się ochrypły, zimny, grubiański głos.
 - Niech ci będzie, Zgoar. - mruknął cicho Wódz - Obrońca Pokrzywdzonych Panien prosi o postój. - zwrócił się drwiąco do reszty drużyny. Gringowie zaśmiali się szyderczo. Zgoar zacisnął zęby, jego twarz przybrała barwę purpury. Rzucił ukradkowe, nienawistne spojrzenie w stronę Gwen. Uniosła brwi. Sam się o to prosił. Z drugiej strony jednak, była mu w głębi serca wdzięczna. Zastanawiała się właśnie jak długo jeszcze zdoła wytrzymywać ten marsz i co zrobią Gringowie jak umrze z przemęczenia. Nie dała by rady iść tak jeszcze długo, tego była pewna. Spojrzała spode łba na wysokiego, potężnego mężczyznę na koniu. Odziany w szkarłaty, śniady człowiek o gestach, ciemnychblond włosach do ramion. Przez jego prawy policzek biegła blada blizna. Gwen uważała za swój autorytet tego, kto mu ją wyrzeźbił.
Wódz nie był jedynym człowiekiem w gromadzie. Gringowie nie myśleli zbyt wiele i na ślepo wykonywali polecenia nigdy ich nie kwestionując, ale ich tępota bywała denerwująca. Poza tym bali się i nie potrafili dosiadać koni. Gwen wątpiła też, czy jakikolwiek koń zniósłby takiego jeźdźca. Wszyscy zwiadowcy więc, byli ludźmi. Wyżsi od ciemnoskórych Gringów o szerokich szczękach i opadających w strąkach, grubych, czarnych włosach, wyglądali majestatycznie i dostojnie, jak na gburowatych i grubiańskich zbójców. Nie zasługiwali nigdy na swe stanowiska. Nie wyglądali lepiej od Gringów, a na płaszczyźnie grzeczności nie przewyższali ich ani o stopę.
 - Cisza! - Wódz uniósł rękę. Wszyscy umilkli. Gringowie zatrzymali się w pół kroku. Gwen osunęła się na ziemię bez tchu w piersiach. Jakiś żołnierz brutalnie chwycił ją za ramię i wbijając paznokcie w jej dłoń, szarpnął w górę.
 - Zgodnie z życzeniem wybawiciela naszej cudownej Gwendolyn, zatrzymamy się na odpoczynek i znów wyruszymy dopiero rano. Potrzeba nam tylko dogodniejszego miejsca. Ruszajmy!
Gwen wstrzymując oddech i zaciskając zęby, czując jak okropny ból rozsadza jej skronie, zrobiła krok naprzód. Tak, pierwszy krok zawsze sprawia największą trudność. Potem już, dalej jest łatwiej. Drugi, trzeci, sześćdziesiąty i pięćsetny. Nigdy już się nie zatrzyma. Dziewięćsetny, dziewięćsetny pierwszy...
Gdy Gwen myślała już, że zaraz upadnie po prostu na ziemię tak jak stoi, załoga zatrzymała się nagle. Wychynęli zza zakrętu i zobaczyli odchodzącą od szlaku niewielką polanę porośniętą zszarzałą, marną, suchą trawą. Na samym jej końcu, w ścianie wąwozu znajdowała się ciemna, płytka wnęka. Tam też postanowiono umieścić jeńca. Ktoś zrzucił na dno nawy stary, dziurawy koc. Gwen spojrzała nań ze wstrętem. Może iść w prażącym słońcu, może pić tylko kilka kropel oleistej wody dziennie, może drżeć z zimna i przemęczenia, ale nie owinie się w łach Gringa. Nagle ogarnął ją paskudny odór. Odruchowo przytknęła dłoń do nosa. Stał za nią wyjątkowo krępy i gruby Gring z buławą w łapie. Nie wyglądał miło. Był zadrapany i śmierdział cebulą. Wskazał grubym paluchem na kotlinę i chrząknął. Tak, jakby nie umiał mówić. Gwendolyn jednak bez trudu zrozumiała o co mu chodzi. W milczeniu weszła do wnęki. Na straży stali dwaj Gringowie. Rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, co jakiś czas wybuchając rubasznym śmiechem. Raz po raz pokazwali ją sobie palcami, jak wyjątkowo niezwykły obiekt muzealny. Nie obchodziło ją to jednak. Przez kilka ostatnich godzin, ostatkami sił toczyła bratobójczą walkę z samą sobą. Bezskuteczną walkę o tę tak cenną odrobinę nadzieji w sercu, która w razie potrzeby może rozkwitnąć nagle i niespodziewanie, by być, dawać siłę. Ale walkę tę przegrała i teraz było jej obojętne co się stanie. Zwinęła się w kłębek, oparła plecami o ścianę piaskowca. Darowany koc odrzuciła daleko od siebie bo okropnie śmierdział. Patrzyła beznamiętnym, pustym wzrokiem na uwijających się Gringów. Wbijali tyczki w ziemię, rozpinali na nich płachty namiotów. Zwiadowcy sprowadzili konie i przywiązali je do palika obok jej "celi". Konie... Przyglądała im się z cieniem uśmiechu na twarzy. Zawsze lubiła konie. Wierzchem jeździła świetnie i zawsze miała smykałkę nawet do narowistych zwierząt. Patrzyła na korpulentnego siwka, lekkiego gniadosza, dwa młode, kare fryzyjczyki, kilka kasztanków i jednego, wyniosłego, bułanego ogiera. Zwiadowcy sztywno poklepywali konie i odnosili się do nich raczej z rezerwą. Gniadosz prychnął niecierpliwie gdy jeden ze mężczyzn nakładał mu powoli paszy. Ten wzdrygnął się lekko. Do młodych, karych koni wogóle nikt nie podszedł. Gwen przyglądała się temu bez cienia zainteresowania. Jeden z koni szarpnął łbem. Rzemienna linka napięła się niebezpiecznie. Ale zwiadowcy już poszli. Z dużego, dobrze oświetlonego namiotu dolatywały pierwsze okrzyki i odgłosy uczty. Strażnicy spoglądali tęsknie w stronę bawiących się i wymieniali nieprzyjemne uwagi na temat przydzielonego im zadania. Gwen zebrała się w sobie. Nie podda się bez walki. W przestraszonym, dziewczęcym sercu wezbrała odwaga. Cicho jak mysz podpełzła do wartowników. Mieli ostre noże, w sam raz do przecięcia liny. W grobowej ciszy, drżąc podczołgała się jeszcze kawałek. Wyciągnęła rękę. Końcami długich, bladych palców dotknęła rękojeści noża. Uniosła się na łokciu i mocno ścisnęła trzonek w dłoni. Z cichutkim zgrzytem wysunął się z pochwy. Gring poruszył się i odezwał:
 - Po co, u diabła nam tu ta dziewczyna?! - warknął - Więcej z nią kłopotu niż pożytku, a tak właściwie to na co komu takie dziecko, hmm?
Drugi strażnik chrząknął coś niezrozumiale. Gwen cicho, z nożem w dłoni wślizgnęła się z powrotem do swojej kotlinki. Trzonek sztyletu obwiązany był rzemieniem. Zerwała go szybko i związała garnące się na twarz włosy. Podeszła do palika z końmi. Dwaj Gringowie wciąż rozmawiali gniewnie. Nie zauważyli niczego. Skorogniady, lekki i wyraźnie wypoczęty koń odwrócił głowę w jej stronę. Odetchnęła głęboko i w miarę możności spokojnym, sprężystym krokiem podeszła do niego. Oparła stopę o palik i wspięła się na koński grzbiet. Rumak drgnął. Wyczuł zmianę. Lekka, zwinna i szybka Gwen była o wiele przyjemniejszym do noszenia jeźdzcem od potężnego zwiadowcy. Pozostałe konie zdawały się nie zwracać z na nią uwagi. Do czasu jednak, gdy nagle pochyliła się i cięciem Gringowego noża zaczęła rozcinać rzemienie uwiązów. Powróz gniadosza, którego dosiadała rozcięła tuż przy paliku i przywiązała drugim końcem do ogłowia, tworząc prymitywne wodze. Wyciągnęła rękę by pogłaskać swego wierzchowca po łbie.
 - Będzie dobrze. - szepnęła - Jak już wyrwiemy się z tego bagna, będzie ci wolno pójść dokąd zechcesz.
Ścisnęła go łydkami.
 - Dalej! - ponagliła z cicha. Koń ruszył stępem. Jechała za namiotami. Światło nie obejmowało jej smukłej sylwetki na ciemnym koniu. Uwolnione wierzchowce zwiadowców bezszelestnie jak cienie rozeszły się po obozie niezauważone przez ucztujących, rozochoconych trunkiem żołnierzy.
Osiągnęła już kraj obozowiska gdy nagle odezwał się krzyk:
 - Panie! Panie, to Gwendolyn! Więzień na Sokratesie!
To krzyczał żołnierz, ktory wyszedł właśnie ze swego namiotu. Dostrzegł Gwen przemykającą się między parkanami. Ktoś mu odkrzyknął, ktoś wybiegł z namiotu. Tupot stóp, rżenie uciekających, uwolnionych koni. Świsnęły strzały. Ale Gwen to już nie obchodziło. Gnała szybciej niźli wiatr i każdy zryw Sokratesa w galopie zwiększał odległość między nią, a obozem i rozjuszonymi wojownikami.

3 komentarze: