- Nie nadajesz się do tego. - mruknęła chłodno. Odrzuciła na plecy
pukiel blond włosów i zatrzepotała rzęsami. Gwen wściekle sparodiowała
jej ruch.
- Świnia. - syknęła. May obrzuciła ją morderczym spojrzeniem.
- Słyszałam. - wycedziła odwracając się tyłem. Gwen przyjrzała się jej raz jeszcze. Co było nie tak? Piękna, zielonooka blondynka stała wyprostowana. Uniosła łuk. Napięła cięciwę. Dociągnęła ją do policzka. Ramię miała rozluźnione, ale wyprostowane, przymknęła jedno oko. Lekko zmarszczyła czoło. Skupiona i odprężona zarazem, rozwarła dłoń. Strzała śmignęła z łuku w prostej linii i wbiła się równo w środek tarczy. Maybeline rozejrzała się wokół, opuszczając łuk, jakby w poszukiwaniu owacji i jak zwykle na jej twarzy pojawił się wyraz dziecinnego rozczarowania, gdy zdała sobie sprawę, że znajdują się w głuszy.
- Potrafisz tak? - musiała dać upust swemu niezadowoleniu znęcając się nad Gwen.
- Owszem. - Gwendolyn zacisnęła pięści. Nie da May tej satysfakcji, nie da się wyprowadzić równowagi.
- Czyżby? - tamta skrzyżowała ramiona na obfitej piersi. Od niechcenia oparła się o drzewo. Cała jej sylwetka mówiła: "Och, tak! Spójrzcie na mnie, na mnie! Nie na to dziecko. Jestem piękna, złotowłosa, zwinna i utalentowana. A to tutaj? Chuda i taka niewyraźna niezdara".
- Więc pokaż. Pokaż jak strzelasz z łuku, tak jak ja. - uśmiechnęła się drwiąco - No, dalej.
Gwen odetchnęła głęboko. Podjąć wyzwanie?
- Nie mogę... - zaczęła.
- Ponieważ...? - May bawiła się świetnie.
- Bo ty nie chcesz mnie nauczyć. Dlatego mi nie wychodzi.
Maybeline prychnęła pogardliwie.
- Nie pogrążaj się. - powiedziała - No, czego ci nie pokazałam? Może tego jak to się dzieje, że twoja strzała trafia w drzewo na drugim końcu polany zamiast w tarczę, hmm? Powiem ci jak. Ma beznadziejnego łucznika. - zadrwiła. Podniosła swój łuk z ziemi i weszła do namiotu. Gwen podziękowała Bogu, że nie musi mieszkać z nią w jednej komorze. Z jękiem opadła na ziemię. Od nieustannego biegania za strzałą bolało ją dosłownie wszystko. Zdarła sobie skórę na nadgarstku, gdy podczas strzału przekrzywiła łuk i cięciwa odskoczyła w złą stronę. Kiedy wspinała się na drzewo rozdarła koszulę na żebrach, co tak rozśmieszyło May, że aż zgięła się w pół ze śmiechu. Strzały Maybeline latały potulnie jak owieczki, a jej zupełnie odwrotnie. Cisnęła wściekle łuk na ziemię. Dlaczego? Dlaczego nie potrafiła się tego nauczyć? Gdyby chociaż miała cierpliwszą nauczycielkę. Nauczycielkę, której nie chce się rzucić do gardła na każdym kroku, może szło by jej lepiej. Może, pfff... na pewno! Rozejrzała się. Z namiotu dolatywał słodki śpiew May. Gotowała. Na myśl o wczorajszej rybie, którą Maybeline przyrządziła kiedy była wściekła, Gwen zemdliło. Lepiej jej nie przeszkadzać. Wstała. wyjęła z kołczanu najlepszą strzałę. Przez chwilę oddychała głęboko rozglądając się po polance. Słońce rzucało pionowe promienie na poszycie leśne, z trudem przebijając się przez gęste, skłębione gałęzie drzew. Wokół panował półmrok, z gęstwiny dolatywał świergot ptaków i szelest liści. Na polance, na której rozbiły namiot było w miarę jasno; drzewa nie rosły na niej wcale. Z gałęzi na gałąź śmignęła wiewiórka. Jej szybkoścć, zwinność i wdzięk zachwyciły dziewczynę, choć przywiodły jej na myśl kocie ruchy May. Odetchnęła raz jeszcze. No, dalej, ponagliła samą siebie, skoro Maybeline to potrafi, to i tobie powinno się udać. Napięła łuk. Miała dość jasne przeczucie, że i teraz wyjdzie jak zawsze. Poczuła jak cięciwa pręży się jej pod palcami. Wstrzymała oddech. Teraz! Strzała śmignęła z łuku z zadziwiającą prędkością. Wiatr poruszył koronami drzew gdy wbiła się głęboko w grubą gałąź dębu, jakieś pięć stóp od tarczy. Gwen cisnęła łuk na ziemię.
- Brawo! - krzyknęła kpiąco May, wybuchając śmiechem - Nawet udało ci się trafić w DRZEWO z tarczą!
Gwendolyn obrzuciła ją wściekłym spojrzeniem. Nie miała ochoty się z nią kłócić, w końcu wiedziała też kto ma rację.
Słońce zniżyło się ku zachodowi, a nad polaną unosił się kuszący zapach pieczonego mięsa. Maybeline ustawiła przed namiotem dwa pieńki i duży, płaski głaz, którego przyciągnięcie na miejsce zajęło jej dobrą godzinę. Gwendolyn była marudna i wszystko ją wściekało; od zbyt gorącej temperatury po plamę na płachcie służącej za obrus.
- Przestań już! - jęknęła May, gdy Gwen zaczęła wściekle kopać szyszki po całej polance.
- Łatwo ci mówić. - odparła - Tobie strzały wychodzą świetnie i nie musisz cierpieć wrednej, złośliwej nauczycielki łucznictwa.
- Wrednej i złośliwej? - Maybeline uśmiechnęła się krzywo - Nie sądzę.
Po posiłku Gwen, pod pretekstem poszukania drewna na opał ruszyła w las. Suche gałązki trzaskały jej pod stopami, szła chmurna i wściekła na samą siebie. Za co to? Czyżby wkładała zbyt mało chęci w pracę i przygotowania? Jakże ważne było dla niej strzelanie z łuku! I gdy swą strzałę zwycięską powiedzie, mądrość mądrości, słuszne braterstwo, to władzę zwróci przodkom swych ojców. Korona złota skronie przyozdobi. Przepowiednia miała spełnić się dla łuczniczki. Tak przynajmniej sądziła Avery, ale jej poglądów Gwen nie śmiała kwestionować. Tyle razy już im pomogła... A teraz? Zapewne znów miała rację tylko oczywiście Gwen do niczego się nie nadawała! Westchnęła smutno. Nagle usłyszała cichy szelest. Obróciła się na pięcie, zjeżyła, zesztywniała. Wydało jej się, że widzi połę czarnej peleryny zamiatającą kurz na końcu ścieżki. Nagle krzyknęła. Widziała teraz wyraźnie ciemną postać między drzewami. Zaczęła biec. Przed siebie, kalecząc stopy o wypełzające na dróżkę korzenie drzew. Usłyszała tętent kopyt. Pociemniało wokół. Drzewa rosły gęściej. Jak daleko od obozu była? Usłyszała świst. Strzała śmignęła jej koło ucha. Serce wyrywło się jej z piersi jak pragnący wolności ptak. Dyszała ciężko. Nagle poczuła jak potyka się o korzeń. Psia krew! Skąd to tu się wzięło? Podniosła się z klęczek, biegła dalej, w ustach poczuła miedziany smak krwi. Ścieżka skręciła nagle, drzewa rosły rzadziej. W głowie zapaliła się jej lampka. Gdyby udało się jej zbiec z trasy, mogłaby zgubić konie prześladowców, bądź co bądź, pościg nadal trwał. Skręciła ostro i nadzieja zgasła. Stała nad urwiskiem, głęboki wąwóz otwierał swe podwoje u jej stóp. Nie było mowy o zejściu na dół, rozejrzała się ze strachem. Dopadli mnie. To była pierwsza rzecz, o której pomyślała gdy usłyszała tuż obok siebie tupot stóp. Nie usłyszała jak nadeszli. Nie wiedziała skąd się wzięli. Gringowie. Nie śmiała drgnąć, odwrócić się, spojrzeć im w twarze. Tuż obok odezwał się ten zimny, chrapliwy, znienawidzony głos.
- To koniec wyścigu, Gwendolyn. Koniec.
- Świnia. - syknęła. May obrzuciła ją morderczym spojrzeniem.
- Słyszałam. - wycedziła odwracając się tyłem. Gwen przyjrzała się jej raz jeszcze. Co było nie tak? Piękna, zielonooka blondynka stała wyprostowana. Uniosła łuk. Napięła cięciwę. Dociągnęła ją do policzka. Ramię miała rozluźnione, ale wyprostowane, przymknęła jedno oko. Lekko zmarszczyła czoło. Skupiona i odprężona zarazem, rozwarła dłoń. Strzała śmignęła z łuku w prostej linii i wbiła się równo w środek tarczy. Maybeline rozejrzała się wokół, opuszczając łuk, jakby w poszukiwaniu owacji i jak zwykle na jej twarzy pojawił się wyraz dziecinnego rozczarowania, gdy zdała sobie sprawę, że znajdują się w głuszy.
- Potrafisz tak? - musiała dać upust swemu niezadowoleniu znęcając się nad Gwen.
- Owszem. - Gwendolyn zacisnęła pięści. Nie da May tej satysfakcji, nie da się wyprowadzić równowagi.
- Czyżby? - tamta skrzyżowała ramiona na obfitej piersi. Od niechcenia oparła się o drzewo. Cała jej sylwetka mówiła: "Och, tak! Spójrzcie na mnie, na mnie! Nie na to dziecko. Jestem piękna, złotowłosa, zwinna i utalentowana. A to tutaj? Chuda i taka niewyraźna niezdara".
- Więc pokaż. Pokaż jak strzelasz z łuku, tak jak ja. - uśmiechnęła się drwiąco - No, dalej.
Gwen odetchnęła głęboko. Podjąć wyzwanie?
- Nie mogę... - zaczęła.
- Ponieważ...? - May bawiła się świetnie.
- Bo ty nie chcesz mnie nauczyć. Dlatego mi nie wychodzi.
Maybeline prychnęła pogardliwie.
- Nie pogrążaj się. - powiedziała - No, czego ci nie pokazałam? Może tego jak to się dzieje, że twoja strzała trafia w drzewo na drugim końcu polany zamiast w tarczę, hmm? Powiem ci jak. Ma beznadziejnego łucznika. - zadrwiła. Podniosła swój łuk z ziemi i weszła do namiotu. Gwen podziękowała Bogu, że nie musi mieszkać z nią w jednej komorze. Z jękiem opadła na ziemię. Od nieustannego biegania za strzałą bolało ją dosłownie wszystko. Zdarła sobie skórę na nadgarstku, gdy podczas strzału przekrzywiła łuk i cięciwa odskoczyła w złą stronę. Kiedy wspinała się na drzewo rozdarła koszulę na żebrach, co tak rozśmieszyło May, że aż zgięła się w pół ze śmiechu. Strzały Maybeline latały potulnie jak owieczki, a jej zupełnie odwrotnie. Cisnęła wściekle łuk na ziemię. Dlaczego? Dlaczego nie potrafiła się tego nauczyć? Gdyby chociaż miała cierpliwszą nauczycielkę. Nauczycielkę, której nie chce się rzucić do gardła na każdym kroku, może szło by jej lepiej. Może, pfff... na pewno! Rozejrzała się. Z namiotu dolatywał słodki śpiew May. Gotowała. Na myśl o wczorajszej rybie, którą Maybeline przyrządziła kiedy była wściekła, Gwen zemdliło. Lepiej jej nie przeszkadzać. Wstała. wyjęła z kołczanu najlepszą strzałę. Przez chwilę oddychała głęboko rozglądając się po polance. Słońce rzucało pionowe promienie na poszycie leśne, z trudem przebijając się przez gęste, skłębione gałęzie drzew. Wokół panował półmrok, z gęstwiny dolatywał świergot ptaków i szelest liści. Na polance, na której rozbiły namiot było w miarę jasno; drzewa nie rosły na niej wcale. Z gałęzi na gałąź śmignęła wiewiórka. Jej szybkoścć, zwinność i wdzięk zachwyciły dziewczynę, choć przywiodły jej na myśl kocie ruchy May. Odetchnęła raz jeszcze. No, dalej, ponagliła samą siebie, skoro Maybeline to potrafi, to i tobie powinno się udać. Napięła łuk. Miała dość jasne przeczucie, że i teraz wyjdzie jak zawsze. Poczuła jak cięciwa pręży się jej pod palcami. Wstrzymała oddech. Teraz! Strzała śmignęła z łuku z zadziwiającą prędkością. Wiatr poruszył koronami drzew gdy wbiła się głęboko w grubą gałąź dębu, jakieś pięć stóp od tarczy. Gwen cisnęła łuk na ziemię.
- Brawo! - krzyknęła kpiąco May, wybuchając śmiechem - Nawet udało ci się trafić w DRZEWO z tarczą!
Gwendolyn obrzuciła ją wściekłym spojrzeniem. Nie miała ochoty się z nią kłócić, w końcu wiedziała też kto ma rację.
Słońce zniżyło się ku zachodowi, a nad polaną unosił się kuszący zapach pieczonego mięsa. Maybeline ustawiła przed namiotem dwa pieńki i duży, płaski głaz, którego przyciągnięcie na miejsce zajęło jej dobrą godzinę. Gwendolyn była marudna i wszystko ją wściekało; od zbyt gorącej temperatury po plamę na płachcie służącej za obrus.
- Przestań już! - jęknęła May, gdy Gwen zaczęła wściekle kopać szyszki po całej polance.
- Łatwo ci mówić. - odparła - Tobie strzały wychodzą świetnie i nie musisz cierpieć wrednej, złośliwej nauczycielki łucznictwa.
- Wrednej i złośliwej? - Maybeline uśmiechnęła się krzywo - Nie sądzę.
Po posiłku Gwen, pod pretekstem poszukania drewna na opał ruszyła w las. Suche gałązki trzaskały jej pod stopami, szła chmurna i wściekła na samą siebie. Za co to? Czyżby wkładała zbyt mało chęci w pracę i przygotowania? Jakże ważne było dla niej strzelanie z łuku! I gdy swą strzałę zwycięską powiedzie, mądrość mądrości, słuszne braterstwo, to władzę zwróci przodkom swych ojców. Korona złota skronie przyozdobi. Przepowiednia miała spełnić się dla łuczniczki. Tak przynajmniej sądziła Avery, ale jej poglądów Gwen nie śmiała kwestionować. Tyle razy już im pomogła... A teraz? Zapewne znów miała rację tylko oczywiście Gwen do niczego się nie nadawała! Westchnęła smutno. Nagle usłyszała cichy szelest. Obróciła się na pięcie, zjeżyła, zesztywniała. Wydało jej się, że widzi połę czarnej peleryny zamiatającą kurz na końcu ścieżki. Nagle krzyknęła. Widziała teraz wyraźnie ciemną postać między drzewami. Zaczęła biec. Przed siebie, kalecząc stopy o wypełzające na dróżkę korzenie drzew. Usłyszała tętent kopyt. Pociemniało wokół. Drzewa rosły gęściej. Jak daleko od obozu była? Usłyszała świst. Strzała śmignęła jej koło ucha. Serce wyrywło się jej z piersi jak pragnący wolności ptak. Dyszała ciężko. Nagle poczuła jak potyka się o korzeń. Psia krew! Skąd to tu się wzięło? Podniosła się z klęczek, biegła dalej, w ustach poczuła miedziany smak krwi. Ścieżka skręciła nagle, drzewa rosły rzadziej. W głowie zapaliła się jej lampka. Gdyby udało się jej zbiec z trasy, mogłaby zgubić konie prześladowców, bądź co bądź, pościg nadal trwał. Skręciła ostro i nadzieja zgasła. Stała nad urwiskiem, głęboki wąwóz otwierał swe podwoje u jej stóp. Nie było mowy o zejściu na dół, rozejrzała się ze strachem. Dopadli mnie. To była pierwsza rzecz, o której pomyślała gdy usłyszała tuż obok siebie tupot stóp. Nie usłyszała jak nadeszli. Nie wiedziała skąd się wzięli. Gringowie. Nie śmiała drgnąć, odwrócić się, spojrzeć im w twarze. Tuż obok odezwał się ten zimny, chrapliwy, znienawidzony głos.
- To koniec wyścigu, Gwendolyn. Koniec.
Omg Omg I <3 my little HermionoTwiloAniu :* Już zabieram się do czytania :)
OdpowiedzUsuńTy masz naprawdę talent. Piszesz takie opowiadania, o których mi się nie śni. Pozdrowionko Aniu
OdpowiedzUsuńZarąbiste!!! Żądam ciągu dalszego.
OdpowiedzUsuńKofam <3