Gwen wsunęła zdrętwiałe od chłodu palce w czarną grzywę Sokratesa.
Mimo, że dzień był niezwykle upalny, późnym wieczorem wzmógł się mroźny
wiatr i noc przejmowała chłodem. Znów, po krótko trwającym okresie
stempa, przeszła do galopu. Koń gnał co tchu, na razie nie musiała nim
kierować bo wąwóz biegł cały czas prosto. Wiedziała, że musi minąć
miejsce, w którym została schwytana i jechać dalej, do brodu
przecinającego linią strumienia parów i skierować się w górę, aż do
zagajnika, przez który będzie musiała się przedrzeć by dotrzeć do
miejsca, w którym po raz pierwszy spotkała się z oddziałem wojska.
Wtedy, gdy szła między strzelistymi drzewami, a gałązki wręcz złośliwie
smagały ją po twarzy ostro zakończonymi "pazurami", miała wrażenie, że
nie może być gorzej. Kiedy jednak weszli w zalany słońcem wąwóz,
stwierdziła, że ciemny las pasował do miana przedsionka nieba. Teraz
jechała pod osłoną pierwszej linii drzew, które pojawiły się ponad
krawędzią wąwozu. Wysokie buki o rozłożystych gałęziach rozrzucały wokół
nie tylko kojący cień, ale i zapach. Zapach lasu. Zapach, który tak
bardzo kochała. Urodziła się w lesie. Wśród Gór Dortmundii. Gdzie doliny
i zbocza porastały wielkie.sosny. Strumienie szemrzały w zagajnikach,
stadka srebrzysto -szarych jeleni przebiegały przez polany. Jeździły z
May i gromadą innych dziewcząt, i chłopców na konne polowania. Tyle, że
Gwen zazwyczaj niewiele się udawało bo podstawą takich wypraw była
umiejętność strzelania z łuku. Ale cieszyła się spokojem i cudownym,
dzikim życiem. Do czasu jednak... Pewnego dnia przybyła do osady
rudowłosa Avery. Zyskała od razu szacunek wśród starszych choć miała
dopiero dwadzieścia lat. Jej misją nie okazała się jednak przeprowadzka w
ustronne miejsce, jak twierdziła, ale odnalezienie Gwen. Tak...
Dziewczyna pamiętała ten dzień jak dziś. Odetchnęła głęboko. Biała
mgiełka oddechu wzbiła się w powietrze od jej ust. Zamyśliła się. Na
pewno pojedzie do obozu, ale nie ma przecież pewności, że zastanie w nim
May. Spróbuję, pomyślała prostując się na końskim grzbiecie. Nawet
Maybeline miała chociaż krztę rozsądku. Musiała zostawić jakiś znak,
cokolwiek gdyby Gwen udało się wrócić. Oczywiście, nie znała powodu jej
zniknięcia, ale biorąc pod uwagę zdarzenia z ostatnich tygodni mogła
całkiem trafnie domyślać się prawdy. Najpierw okropna ucieczka, krzyki
bólu, ludzie, którzy przelali krew za nie... Nie, błąd. Za NIĄ. Avery
skrupulatnie ujęła, że May była tylko hmm... dogrywką. Istotą eskorty
Gwen, ale nie jej ośrodkiem. Strzały i ostrza celowały w serce
Gwendolyn, nie May.
- Co ty na to? - zapytała wierzchowca gdy wynurzyli się zza zakrętu i
zatrzymali przed rozlewającymi się szeroko wodami strumienia. Sokrates
prychnął cicho. Bryzneły krople wody, gdy Gwen ześlizgnęła się lekko w
sam środek płytkiego nurtu. Woda u brodu nie sięgała jej nawet kolan.
Przykucnęła by zanurzyć dłonie w ożywczym chłodzie. Zimno koiło
przyjemnie rozgrzane bólem, zmęczone stopy. Sokrates pochylił się i nim
zaczął pić, tracił ją przyjaźnie łbem. Poczuła jeszcze przyjemniejsze od
chłodnej wody, rozchodzące się po ciele, cudowne ciepło. Czule
pogłaskała konia po szyi. Zanurzyła palce w strumieniu. Nabrała wody w
dłonie i napiła sie. Przyjemne zimno spłynęło jej do gardła. Otarła usta
rękawem i odwróciła głowę w stronę ściany wąwozu. Kręta scieżka
wychodząca ze strumienia wiodła na górę, w las. Gwen westchnęła cicho. -
Musisz odnaleźć May, Gwendolyn. -powiedziała do siebie. Wstała.
Sokrates podniósł głowę i zarżał cicho, gdy dziewczyna lekko przełożyła
nogę przez jego grzbiet i trzymając się grzywy, podciągnęła do góry. -
Już niedługo będziesz wolny. Jeśli zechcesz wrócić do wodopoju, tak
właśnie zrobisz. Ale jeszcze nie teraz. Wykaż się posłuszeństwem jakie
okazałeś do tej pory. Proszę. - powiedziała. Ruszyła stempa. Sokrates z
gracją brodził przez wodę, podkowy zgrzytały na kamiennym dnie, ale Gwen
nie przyspieszała z obawy, że koń się pośliźgnie. Dopiero gdy plusk
ustał, ustępując miejsca chrzęstom żwiru pod kopytami ponagliła
wierzchowca do kłusa.
Zielona, leśna scieżka umykała spod nóg galopującego Sokratesa.
Chłodny, nocny wiatr rozwiewał ciemne loki Gwen. Księżyc w pełni zdobił
miękką ciszę poszycia srebrzystym, magicznym blaskiem. Jakiś ptak
zaśpiewał z cicha wśród gałęzi. Gwen ziewnęła. Wydało jej się
absurdalne, że jeszcze dzień wcześniej biegła gnana Gringowymi
nahajkami, w palącym słońcu i bez nadzieji. - Jak widać nie dane jest mi
teraz zginąć. Jeszcze nie twój czas, Gwendolyn. -mruknęła do siebie.
Tylko wzmagający się znów wiatr jej odpowiedział. Las zmienił się.
Drzewa liściaste rosły teraz gęściej, iglaste znacznie rzadziej. Jako
taka scieżka rozmyła się już zupełnie wśród borówkowych krzaków. Gałązki
smagały dziewczynę po twarzy gdy galopowała szybko na skarogniadym
koniu. Sokrates wyraźnie cieszył się z uwolnienia spod jarzma
barbarzyńców, bo wykazywał wielką ochotę do biegu i przygody. Miał w
młodym ciele wiele sił i energii, a galop przez las sprawiał mu ogromną
radość. Wyraźnie polubił też Gwen. Z wzajemnością zresztą. Dziewczyna
czuła się dobrze w jego towarzystwie i choć wewnętrzny niepokój o
przyszłość i May, nieprzyjemny uścisk w piersi nie dawał jej spokoju, to
była w pewnym sensie odważniejsza i bardziej pewna siebie, nie
podróżując przez las samotnie. Czuła podmuch wiatru na rumianych
policzkach. Ciemne, lśniące loki podskakiwały jej na ramionach w rytm
galopu. Brązowe oczy błyszczały. Czuła las całą sobą. Tak jak wtedy, w
Dortmundii. Na grzbiecie bułanej Iskry, w blasku zachodzącego słońca,
padającego jasnymi słupami na zielone, trawiaste podłoże. Oczy jej się
iskrzyły. Obok niej, na karym wierzchowcu jechała dumnie wyprostowana
May, w otoczeniu zafascynowanych jej urodą chłopców. Jechali zwartą
gromadą. Roześmiani, radosne ich głosy niosły się daleko, przerywając
leśną ciszę... Gwen ze zdumieniem stwierdziła, że czuje łzy pod
powiekami. Czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczy? Głośno przełknęła
ślinę. Otarła oczy wierzchem dłoni. Dalej, ponagliła siebie. May czeka.
Sama nie wiedziała czy jest to w pełni prawdziwe stwierdzenie, ale
wolała o tym nie myśleć. Potrząsnęła głową. - Czeka. - rzuciła głośno w
pustkę. Odpowiedziało jej tylko echo. Chwila za chwilą... Czas ciągnął
się nieubłaganie. Gwen czuła okrutny ból w kościach, mogła policzyć je
wszystkie. Nawet entuzjazm Sokratesa nie był w stanie pokonać zmęczenia i
trudów długiej drogi i koń podupadał już na duchu. Na szczęście jednak,
okolica zaczęła się zmieniać. Gwen rozpoznała urwisko - miejsce
spotkania z Wodzem. Ścieżka, która znów zajaśniała wśród krzewów, biegła
prosto, piasek szeleścił pod kopytami idącego spokojnie Sokratesa.
Teren znów był płaski, wcześniejsze pagórki przeszły w równinę, co
znacznie polepszyło widoczność. Jednak mimo dobrych warunków i
zbliżającego się kresu wędrówki, niepokój w sercu Gwendolyn rósł i
dziewczyna coraz bardziej lękała się tego, co ujrzy w miejscu dawnego
obozowiska. Chociaż starała się myśleć optymistycznie. Nie była pewna
tego, co działo się w głowie Maybeline. No właśnie, nie była... A
wolałaby być po prostu pewna dobrej woli, yyy... przyjaciółki. Noc
zbliżała się ku końcowi, gdy Gwen wjechała na polankę. Nie było na niej
nikogo. Żadna mgiełka oddechu nie wisiała w powietrzu, żadne kroki nie
dudniły w ciszy. Tylko w miejscu, w którym rozbiły namiot, w trawie
pozostały małe wgniecenia po palikach. Nic więcej. Gwendolyn poczuła
nieprzyjemną ciężkość w gardle, kiedy zsunęła się z grzbietu konia. - Co
ja mam teraz zrobić? - zapytała lasu. Tym razem nawet echo nie zadało
sobie trudu by jej odpowiedzieć. Postanowiła, że przede wszystkim musi
się wyspać. Odpięła sznur od uzdy Sokratesa i zwinęła ją w kłębek.
Położyła się pod rozłożystym dębem. Nie miała przy sobie żadnej broni i
było raczej pewne, że Wódz każe jej szukać, ale nie wiedział przecież
gdzie znajdował się obóz. Znaleźli ją w lesie, przynajmniej milę od ich
obozowiska. Mogła więc mieć nadzieję na spokojną noc. Ale nie była
spokojna. Gwen przewracała się z boku na bok, ciszę głuszy co chwila
przeszywały dziwne odgłosy leśnego, podksiężycowego życia. Dziewczyna
budziła się często, drżącą dłonią ocierając pot z czoła. Dużą pociechą
była dla niej obecność Sokratesa. Koń nie zamierzał jej najwyraźniej
wcale jej opuszczać. Spał spokojnie, z opuszczoną głową, oddychając
głęboko. Gwendolyn usiadła. Oparła się plecami o pień drzewa. Wdech i
wydech. Wdech i wydech. Ahh... spokojnie. - Cśii. - szepnęła do siebie.
Westchnęła i osunęła się na miękką, zieloną trawę. Gdzieś wśród koron
drzew trzasnęła gałązka. Gwendolyn drgnęła i głośno przełknęła ślinę.
Zasnęła. Obudził ją śpiew ptaków. Słońce pomarańczowymi plamami złociło
poszycie lasu. Liście szeleściły na ciepłym wietrze, z gracją odbijały
blask. Niebo było bezchmurne, co oznaczało znów niezwykle upalny dzień.
Gwendolyn przeciągnęła się. Podniosła się do pozycji siedzącej.
Zaburczało jej w brzuchu. Usłyszała ciche, radosne rżenie. Podniosła
głowę. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć skąd u jej boku wziął
się skarogniady koń. Ach, tak... Sokrates. W jednej chwili przepłynęły
przez nią wszystkie wspomnienia ostatniej nocy i dnia. Schwytanie,
podróż przez las, wąwóz, kradzież konia, ucieczka, samotność - brak May.
Gwen tęskniła za nią. Nigdy się zbytnio nie lubiły, ale były do siebie
przywiązane, znały się od zawsze. Westchnęła. - Muszę jeść. -
powiadomiła Sokratesa, który grzebał kopytem w ziemi. Podniósł łeb i
potrząsnął czarną grzywą. Skubał w zadumie trawę. Gwen zazdrościła mu
apetytu. Jej samej trawa zbyt nie przypadła do gustu. - Masz zamiar
zostać? - spytała Sokratesa. Podeszła doń bliżej i pogłaskała go czule
po szyi. Koń, jakby w odpowiedzi na pytanie, podniósł łeb i złożył go na
ramieniu dziewczyny. Spojrzała na korony drzew. Wodziła wzrokiem od
gałęzi do gałęzi, z zachwytem obserwując wspaniałą grę słońca wśród
listowia; złote blaski padające na zielone witraże. Nagle pomiędzy
gałęziami dostrzegła czerwony błysk
Słońce wyraźnie odbijało się od czegoś ukrytego w koronach drzew.
Podeszła bliżej. Mogłaby sprawdzić co to, gdyby wspięła się wyżej. Bez
namysłu, wdzięcznie uchwyciła się najniższej gałęzi i podciągnęła do
góry. Zwinnie skakała z gałęzi na gałąź. Nie była aż tak sprawna jak
May, a jej ruchy nie były aż tak precyzyjne, ale była niezwykle pewna
siebie co bezsprzecznie pomagało, a ważyła naprawdę niewiele, dzięki
czemu mogła bez trudu poruszać się nawet po najcieńszych gałązkach.
Prześlizgnęła się między ciasno splątanymi konarami. Jeszcze trochę...
Z wysiłkiem przesunęła się po chropowatej korze. Już. Spojrzała na
sprawcę czerwonych błysków i... zamarła. Między gałęzie ktoś zatknął
drogocenną, złotą broszkę z rubinem. Znała ten klejnot. Bez wątpienia
należał do May. Lubiła go przypinać do kaftanika w dni świąteczne. Teraz
ten przedmiot zazdrości Gwen leżał przed nią, niewinnie lśniąc w
słonecznym blasku poranka. W pierwszej chwili zdjął ją strach. Zdała
sobie jednak sprawę, że tej broszki napewno nie pozostawił po sobie
ktoś, kto mógłby wykreślić Maybeline z księgi żyjących, bo było to po
prostu głupie, takie powieszenie na drzewie kosztownej biżuterii.
Owszem, ktoś może mógłby chcieć wrócić tu po nią później, ale broszka
nie była przedmiotem, którego nie można zabrać ze sobą od razu z powodu
zbyt dużych rozmiarów, ba! bez trudu mieściła się do kieszeni! Zresztą
mógł ją wziąć każdy, kto nieźle umiał chodzić po drzewach, bo była
świetnie widoczna, a złodziej raczej by tego nie pragnął. A może o to
właśnie chodziło... Zastanowiła się. May... Przekaz... Wiadomość! Gwen
machinalnie rozejrzała się wokół. Zobaczyła malutką, białą karteczkę
wsuniętą w młody, jeszcze nie do końca rozwinięty liść. Sprytne. Szybko
rozwinęła pergamin zapisany znajomym, drobnym charakterem pisma.
Kochana!
Mam nadzieję, że ty, która to czytasz jesteś Gwendolyn z Dortmundii.
Bardzo mnie zaniepokoiło twoje zniknięcie. Czekałam do rana, po
śniadaniu ruszyłam w drogę. Nie żeby cię szukać. Bałam się, że stało się
to co myślę, a w takim wypadku niewiele bym mogła ci pomóc.
Słuchaj, a raczej czytaj uważnie: jeśli nie zjawisz się do wieczora
drugiego dnia od twego zniknięcia, ruszam do Av. Jeśli czytasz to już PO
czasie i ty się do niej kieruj. Wiem, że nie masz konia, pojechałam na
Klindze, ale NIEOPODAL zostawiam ci mapę z zaznaczonym miejscem, w
którym się znajdujesz by było ci łatwiej do Av dotrzeć.
Jeżeli jednak JEST jeszcze czas i chcesz mnie odnaleźć, to wiedz, że
Dortmundia jest krainą położoną wśród wzgórz na północy, a najczęściej
rosnące w niej drzewa to sosny.
Czekająca,
Maybeline.
Gwen bezradnie opuściła ramiona. To ostatnie zdanie wydawało się nie mieć sensu.
- Przecież wiem jak wygląda Dortmundia! - zawołała. Zaraz...
Maybeline mogła przecież chcieć zaszyfrować wiadomość. No i była uważana
przez większość za "chodzącą aluzję". Północ... Mogła ukryć się gdzieś
na północy stąd, pomyślała. Dalej... Wśród wzgórz... Sośnina... Można
więc podejrzewać, że May ukryła się na północ od polanki, na porośniętym
sosnami wzgórzu. Rozejrzała się. Faktycznie, w dziupli najbliższego
drzewa leżała zwinięta w rolkę mapa. Zabrała ją szybko. Na pergaminie,
po środku starannie naniesionego czarnym atramentem lasu nakreślono
niezgrabny, mały, czerwony krzyżyk oznaczający polankę, na której
znajdowała się teraz Gwen. Dziewczyna zeskoczyła z drzewa. JESZCZE ma
czas. Podbiegła do konia.
- Musimy jechać. - rzuciła cicho. Ukryła broszkę w wewnętrznej kieszeni koszuli.
- Na północ. May na nas czeka, trzeba nam znaleźć ją przed zmrokiem.
Możemy kierować się terenem dostosowanym dla koni. Odpadają moczary, bo
Klinga by sobie na nich nie poradziła...
Zamyśliła się. Kiszki grały jej marsza z głodu, co w myśleniu nie pomagało.
- Jeżeli dojedziesz żywa do May, Gwendolyn, to ta napewno posiłku ci
nie poskąpi. - warknęła - Spiesz się, on się tak łatwo nie poddaje.
Skoczyła na konia. Sokrates radośnie rżąc, poderwał przednie nogi z
ziemi i galopem runął naprzód. Już po kilku minutach jednak, zwolnił do
stempa. Gwen kierowała nim nieudolnie, z rozłożoną na kolanach mapą.
Błądziła wśród drzew, mimo to była z siebie w pewnym sensie dumna. Cały
czas parła uparcie na północ. Co jakiś czas zatrzymywała się pod jakimś
wysokim drzewem, by wleźć na nie i rozejrzeć się. Nie widziała jednak
nic poza bezkresnym morzem drzew. Jak na złość, nie sosen. Głód objawiał
się jej poprzez rwący ból brzucha. Była poirytowana, a potem wściekła.
Maybeline musiała się naprawdę nieźle spieszyć, skoro dotarła tak
daleko. Do tego dokuczał Gwendolyn strach, bo południe przeminęło z
wiatrem i dzień zbliżał się ku końcowi. Po kolejnej godzinie zsiadła z
konia i zrezygnowana osunęła się na ziemię. Oparła się plecami o pień
grubego drzewa. Buku, oczywiście, a jakże by inaczej.
- Maybeline! - wrzasnęła. Cisza. Rozgrzebywała ręką ziemię wokół
siebie, pozwalając Sokratesowi paść się swobodnie. Nagle natrafiła
dłonią na małą gałązkę. Pod palcami wyczuła igły. Sosna. Zerwała się z
miejsca jak oparzona. W ręce trzymała gałązkę drzewa iglastego.
Rozejrzała się uważnie. Między dwoma bukami rosła wyniosła sosna o
rozłożystych konarach. Gwendolyn, nie zważając na protesty konia
dosiadła go szybko. Posłusznie ruszył truchtem w stronę drzewa. Gdy je
minęli, pojawiły się następne. Teren również zaczął się zmieniać;
wznosił się i opadał. Nagle las się skończył. Za kolejnym pagórkiem
ukazał się jego skraj. Wieczorne słońce oświetlało niewielkie wzgórze,
gęsto porośnięte wielkimi sosnami. Gwen zatrzymała się na chwilę,
ściągając wodze i podziwiając przepiękny, otwierający się przed nią
widok. Wzgórze wyglądało majestatycznie i pięknie. Drzewa porastały je
tak gęsto, że nigdzie nie prześwitywał choćby skrawek ziemi. Uśmiechnęła
się. Może instynkt ją zawodził, może się myliła, ale po prostu czuła,
że to tutaj. Ponagliła konia do galopu. Łąkowa trawa uciekała spod kopyt
Sokratesa.
- Oby Maybeline nie pospieszyła się z tym odjazdem. - mruknęła Gwen.
Ściganie May przez otwarte, bezkresne stepy do olbrzymiego,
odizolowanego od ludzi dworu, w którym mieszkała Avery nie budziło w
niej zbyt przyjemnych uczuć. Nigdy nie zapuszczajcie się na stepy, tak
je właśnie Av pouczała.
- Więc jeśli nie chcesz złamać jej rozkazu, Gwendolyn, to się do
diabła pospiesz! - syknęła do siebie dziewczyna, spinając konia. Ten, z
galopu przeszedł w cwał. Gwen wydawało się, że leci. Że szybuje na
skrzydłach samego wiatru. Szybko osiągnęła brzeg zagajnika. Ogromne
sosny górowały nad nią, cicho jak intruz zanurzyła się w ich
przytłaczający mrok. Czuła zapach igieł. Zapach dzieciństwa spędzonego w
lasach, okrutnie przerwanego przez śmierć matki. Wychowywał ją ojciec.
Ale nie mogła mu niczego zarzucić. Zawsze tak o nią dbał, może przez to
właśnie znienawidził Avery.
Ściółka szeleściła pod kopytami Sokratesa. Gwen, pochylona nisko nad
jego szyją nasłuchiwała czujnie. Każdy dźwięk sprawiał, że wzdrygała się
lekko. Osiągnęła już prawie szczyt wzgórza, ale mimo to nie natrafiła
dotąd na żaden ślad po May. Znów ogarnęły ją wątpliwości, starała się
zapomnieć o głodzie. Bolał ją kark od ciągłego schylania głowy, a
całodzienna wędrówka wierzchem odcisnęła bolesne piętno na siedzeniu
dziewczyny. Z trudem powstrzymała ziewnięcie. Nagle Sokrates poruszył
się niespokojnie. Do uszu Gwen doszły jakieś trzaski. Rozpoznała je bez
trudu. W pobliżu ktoś palił ognisko. Miała ochotę krzyknąć, ale
przytomnie stwierdziła, że to wcale nie musiała być May. Zsiadła z konia
i podeszła trochę bliżej. Sokrates jak cień podążył za nią. Gwendolyn
wyjrzała zza krzewów. Na szczycie wzgórza, na polance w kręgu sosen
siedziała Maybeline. Piekła na ogniu kawałek tłustego mięsa. Siedziała
tyłem do Gwen, której na widok posiłku ślina napłynęła do ust. May
odrzuciła na plecy pukiel blond włosów. Uniosła głowę i spojrzała w
ciemniejące niebo. Zacmokała z irytacją.
- Trzeba się będzie zbierać. - powiedziała cicho - Och, Gwendolyn.
Nawet nie wiesz... - zamarła bo właśnie w tej chwili gdzieś z lewej
strony trzasnęła gałązka,a w powietrze wyfrunęła, lśniąc w blasku
ogniska rubinowa broszka i cicho upadła tuż obok ręki May. Dziewczyna
wzdrygnęła się na to.
- Gwendolyn? - spytała nieśmiało. Gwen, ciągnąc za sobą konia wyskoczyła na polankę. Maybeline zerwała się z ziemi.
- Gwendy! - krzyknęła - Och, Gwen! Co się stało?
May, chyba z oszołomienia rzuciła się Gwendolyn na szyję. Gwen zachwiała
się pod jej ciężarem. Była trochę zaskoczona tak wylewną reakcją May,
ale sama z uśmiechem odwzajemniła uścisk.
Tak! Nareszcie nowa część! Oto moja lektura na święta :D!
OdpowiedzUsuńNo nie? Ja już zdążyłam przeczytać. Bardzo ciekawa to nowa część twojego opowiadania Aniu. :D
Usuń