środa, 27 marca 2013

Gwen II

Gwen wsunęła zdrętwiałe od chłodu palce w czarną grzywę Sokratesa. Mimo, że dzień był niezwykle upalny, późnym wieczorem wzmógł się mroźny wiatr i noc przejmowała chłodem. Znów, po krótko trwającym okresie stempa, przeszła do galopu. Koń gnał co tchu, na razie nie musiała nim kierować bo wąwóz biegł cały czas prosto. Wiedziała, że musi minąć miejsce, w którym została schwytana i jechać dalej, do brodu przecinającego linią strumienia parów i skierować się w górę, aż do zagajnika, przez który będzie musiała się przedrzeć by dotrzeć do miejsca, w którym po raz pierwszy spotkała się z oddziałem wojska. Wtedy, gdy szła między strzelistymi drzewami, a gałązki wręcz złośliwie smagały ją po twarzy ostro zakończonymi "pazurami", miała wrażenie, że nie może być gorzej. Kiedy jednak weszli w zalany słońcem wąwóz, stwierdziła, że ciemny las pasował do miana przedsionka nieba. Teraz jechała pod osłoną pierwszej linii drzew, które pojawiły się ponad krawędzią wąwozu. Wysokie buki o rozłożystych gałęziach rozrzucały wokół nie tylko kojący cień, ale i zapach. Zapach lasu. Zapach, który tak bardzo kochała. Urodziła się w lesie. Wśród Gór Dortmundii. Gdzie doliny i zbocza porastały wielkie.sosny. Strumienie szemrzały w zagajnikach, stadka srebrzysto -szarych jeleni przebiegały przez polany. Jeździły z May i gromadą innych dziewcząt, i chłopców na konne polowania. Tyle, że Gwen zazwyczaj niewiele się udawało bo podstawą takich wypraw była umiejętność strzelania z łuku. Ale cieszyła się spokojem i cudownym, dzikim życiem. Do czasu jednak... Pewnego dnia przybyła do osady rudowłosa Avery. Zyskała od razu szacunek wśród starszych choć miała dopiero dwadzieścia lat. Jej misją nie okazała się jednak przeprowadzka w ustronne miejsce, jak twierdziła, ale odnalezienie Gwen. Tak... Dziewczyna pamiętała ten dzień jak dziś. Odetchnęła głęboko. Biała mgiełka oddechu wzbiła się w powietrze od jej ust. Zamyśliła się. Na pewno pojedzie do obozu, ale nie ma przecież pewności, że zastanie w nim May. Spróbuję, pomyślała prostując się na końskim grzbiecie. Nawet Maybeline miała chociaż krztę rozsądku. Musiała zostawić jakiś znak, cokolwiek gdyby Gwen udało się wrócić. Oczywiście, nie znała powodu jej zniknięcia, ale biorąc pod uwagę zdarzenia z ostatnich tygodni mogła całkiem trafnie domyślać się prawdy. Najpierw okropna ucieczka, krzyki bólu, ludzie, którzy przelali krew za nie... Nie, błąd. Za NIĄ. Avery skrupulatnie ujęła, że May była tylko hmm... dogrywką. Istotą eskorty Gwen, ale nie jej ośrodkiem. Strzały i ostrza celowały w serce Gwendolyn, nie May.
- Co ty na to? - zapytała wierzchowca gdy wynurzyli się zza zakrętu i zatrzymali przed rozlewającymi się szeroko wodami strumienia. Sokrates prychnął cicho. Bryzneły krople wody, gdy Gwen ześlizgnęła się lekko w sam środek płytkiego nurtu. Woda u brodu nie sięgała jej nawet kolan. Przykucnęła by zanurzyć dłonie w ożywczym chłodzie. Zimno koiło przyjemnie rozgrzane bólem, zmęczone stopy. Sokrates pochylił się i nim zaczął pić, tracił ją przyjaźnie łbem. Poczuła jeszcze przyjemniejsze od chłodnej wody, rozchodzące się po ciele, cudowne ciepło. Czule pogłaskała konia po szyi. Zanurzyła palce w strumieniu. Nabrała wody w dłonie i napiła sie. Przyjemne zimno spłynęło jej do gardła. Otarła usta rękawem i odwróciła głowę w stronę ściany wąwozu. Kręta scieżka wychodząca ze strumienia wiodła na górę, w las. Gwen westchnęła cicho. - Musisz odnaleźć May, Gwendolyn. -powiedziała do siebie. Wstała. Sokrates podniósł głowę i zarżał cicho, gdy dziewczyna lekko przełożyła nogę przez jego grzbiet i trzymając się grzywy, podciągnęła do góry. - Już niedługo będziesz wolny. Jeśli zechcesz wrócić do wodopoju, tak właśnie zrobisz. Ale jeszcze nie teraz. Wykaż się posłuszeństwem jakie okazałeś do tej pory. Proszę. - powiedziała. Ruszyła stempa. Sokrates z gracją brodził przez wodę, podkowy zgrzytały na kamiennym dnie, ale Gwen nie przyspieszała z obawy, że koń się pośliźgnie. Dopiero gdy plusk ustał, ustępując miejsca chrzęstom żwiru pod kopytami ponagliła wierzchowca do kłusa.
Zielona, leśna scieżka umykała spod nóg galopującego Sokratesa. Chłodny, nocny wiatr rozwiewał ciemne loki Gwen. Księżyc w pełni zdobił miękką ciszę poszycia srebrzystym, magicznym blaskiem. Jakiś ptak zaśpiewał z cicha wśród gałęzi. Gwen ziewnęła. Wydało jej się absurdalne, że jeszcze dzień wcześniej biegła gnana Gringowymi nahajkami, w palącym słońcu i bez nadzieji. - Jak widać nie dane jest mi teraz zginąć. Jeszcze nie twój czas, Gwendolyn. -mruknęła do siebie. Tylko wzmagający się znów wiatr jej odpowiedział. Las zmienił się. Drzewa liściaste rosły teraz gęściej, iglaste znacznie rzadziej. Jako taka scieżka rozmyła się już zupełnie wśród borówkowych krzaków. Gałązki smagały dziewczynę po twarzy gdy galopowała szybko na skarogniadym koniu. Sokrates wyraźnie cieszył się z uwolnienia spod jarzma barbarzyńców, bo wykazywał wielką ochotę do biegu i przygody. Miał w młodym ciele wiele sił i energii, a galop przez las sprawiał mu ogromną radość. Wyraźnie polubił też Gwen. Z wzajemnością zresztą. Dziewczyna czuła się dobrze w jego towarzystwie i choć wewnętrzny niepokój o przyszłość i May, nieprzyjemny uścisk w piersi nie dawał jej spokoju, to była w pewnym sensie odważniejsza i bardziej pewna siebie, nie podróżując przez las samotnie. Czuła podmuch wiatru na rumianych policzkach. Ciemne, lśniące loki podskakiwały jej na ramionach w rytm galopu. Brązowe oczy błyszczały. Czuła las całą sobą. Tak jak wtedy, w Dortmundii. Na grzbiecie bułanej Iskry, w blasku zachodzącego słońca, padającego jasnymi słupami na zielone, trawiaste podłoże. Oczy jej się iskrzyły. Obok niej, na karym wierzchowcu jechała dumnie wyprostowana May, w otoczeniu zafascynowanych jej urodą chłopców. Jechali zwartą gromadą. Roześmiani, radosne ich głosy niosły się daleko, przerywając leśną ciszę... Gwen ze zdumieniem stwierdziła, że czuje łzy pod powiekami. Czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczy? Głośno przełknęła ślinę. Otarła oczy wierzchem dłoni. Dalej, ponagliła siebie. May czeka. Sama nie wiedziała czy jest to w pełni prawdziwe stwierdzenie, ale wolała o tym nie myśleć. Potrząsnęła głową. - Czeka. - rzuciła głośno w pustkę. Odpowiedziało jej tylko echo. Chwila za chwilą... Czas ciągnął się nieubłaganie. Gwen czuła okrutny ból w kościach, mogła policzyć je wszystkie. Nawet entuzjazm Sokratesa nie był w stanie pokonać zmęczenia i trudów długiej drogi i koń podupadał już na duchu. Na szczęście jednak, okolica zaczęła się zmieniać. Gwen rozpoznała urwisko - miejsce spotkania z Wodzem. Ścieżka, która znów zajaśniała wśród krzewów, biegła prosto, piasek szeleścił pod kopytami idącego spokojnie Sokratesa. Teren znów był płaski, wcześniejsze pagórki przeszły w równinę, co znacznie polepszyło widoczność. Jednak mimo dobrych warunków i zbliżającego się kresu wędrówki, niepokój w sercu Gwendolyn rósł i dziewczyna coraz bardziej lękała się tego, co ujrzy w miejscu dawnego obozowiska. Chociaż starała się myśleć optymistycznie. Nie była pewna tego, co działo się w głowie Maybeline. No właśnie, nie była... A wolałaby być po prostu pewna dobrej woli, yyy... przyjaciółki. Noc zbliżała się ku końcowi, gdy Gwen wjechała na polankę. Nie było na niej nikogo. Żadna mgiełka oddechu nie wisiała w powietrzu, żadne kroki nie dudniły w ciszy. Tylko w miejscu, w którym rozbiły namiot, w trawie pozostały małe wgniecenia po palikach. Nic więcej. Gwendolyn poczuła nieprzyjemną ciężkość w gardle, kiedy zsunęła się z grzbietu konia. - Co ja mam teraz zrobić? - zapytała lasu. Tym razem nawet echo nie zadało sobie trudu by jej odpowiedzieć. Postanowiła, że przede wszystkim musi się wyspać. Odpięła sznur od uzdy Sokratesa i zwinęła ją w kłębek. Położyła się pod rozłożystym dębem. Nie miała przy sobie żadnej broni i było raczej pewne, że Wódz każe jej szukać, ale nie wiedział przecież gdzie znajdował się obóz. Znaleźli ją w lesie, przynajmniej milę od ich obozowiska. Mogła więc mieć nadzieję na spokojną noc. Ale nie była spokojna. Gwen przewracała się z boku na bok, ciszę głuszy co chwila przeszywały dziwne odgłosy leśnego, podksiężycowego życia. Dziewczyna budziła się często, drżącą dłonią ocierając pot z czoła. Dużą pociechą była dla niej obecność Sokratesa. Koń nie zamierzał jej najwyraźniej wcale jej opuszczać. Spał spokojnie, z opuszczoną głową, oddychając głęboko. Gwendolyn usiadła. Oparła się plecami o pień drzewa. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Ahh... spokojnie. - Cśii. - szepnęła do siebie. Westchnęła i osunęła się na miękką, zieloną trawę. Gdzieś wśród koron drzew trzasnęła gałązka. Gwendolyn drgnęła i głośno przełknęła ślinę. Zasnęła. Obudził ją śpiew ptaków. Słońce pomarańczowymi plamami złociło poszycie lasu. Liście szeleściły na ciepłym wietrze, z gracją odbijały blask. Niebo było bezchmurne, co oznaczało znów niezwykle upalny dzień. Gwendolyn przeciągnęła się. Podniosła się do pozycji siedzącej. Zaburczało jej w brzuchu. Usłyszała ciche, radosne rżenie. Podniosła głowę. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć skąd u jej boku wziął się skarogniady koń. Ach, tak... Sokrates. W jednej chwili przepłynęły przez nią wszystkie wspomnienia ostatniej nocy i dnia. Schwytanie, podróż przez las, wąwóz, kradzież konia, ucieczka, samotność - brak May. Gwen tęskniła za nią. Nigdy się zbytnio nie lubiły, ale były do siebie przywiązane, znały się od zawsze. Westchnęła. - Muszę jeść. - powiadomiła Sokratesa, który grzebał kopytem w ziemi. Podniósł łeb i potrząsnął czarną grzywą. Skubał w zadumie trawę. Gwen zazdrościła mu apetytu. Jej samej trawa zbyt nie przypadła do gustu. - Masz zamiar zostać? - spytała Sokratesa. Podeszła doń bliżej i pogłaskała go czule po szyi. Koń, jakby w odpowiedzi na pytanie, podniósł łeb i złożył go na ramieniu dziewczyny. Spojrzała na korony drzew. Wodziła wzrokiem od gałęzi do gałęzi, z zachwytem obserwując wspaniałą grę słońca wśród listowia; złote blaski padające na zielone witraże. Nagle pomiędzy gałęziami dostrzegła czerwony błysk
Słońce wyraźnie odbijało się od czegoś ukrytego w koronach drzew. Podeszła bliżej. Mogłaby sprawdzić co to, gdyby wspięła się wyżej. Bez namysłu, wdzięcznie uchwyciła się najniższej gałęzi i podciągnęła do góry. Zwinnie skakała z gałęzi na gałąź. Nie była aż tak sprawna jak May, a jej ruchy nie były aż tak precyzyjne, ale była niezwykle pewna siebie co bezsprzecznie pomagało, a ważyła naprawdę niewiele, dzięki czemu mogła bez trudu poruszać się nawet po najcieńszych gałązkach.
  Prześlizgnęła się między ciasno splątanymi konarami. Jeszcze trochę... Z wysiłkiem przesunęła się po chropowatej korze. Już. Spojrzała na sprawcę czerwonych błysków i... zamarła. Między gałęzie ktoś zatknął drogocenną, złotą broszkę z rubinem. Znała ten klejnot. Bez wątpienia należał do May. Lubiła go przypinać do kaftanika w dni świąteczne. Teraz ten przedmiot zazdrości Gwen leżał przed nią, niewinnie lśniąc w słonecznym blasku poranka. W pierwszej chwili zdjął ją strach. Zdała sobie jednak sprawę, że tej broszki napewno nie pozostawił po sobie ktoś, kto mógłby wykreślić Maybeline z księgi żyjących, bo było to po prostu głupie, takie powieszenie na drzewie kosztownej biżuterii. Owszem, ktoś może mógłby chcieć wrócić tu po nią później, ale broszka nie była przedmiotem, którego nie można zabrać ze sobą od razu z powodu zbyt dużych rozmiarów, ba! bez trudu mieściła się do kieszeni! Zresztą mógł ją wziąć każdy, kto nieźle umiał chodzić po drzewach, bo była świetnie widoczna, a złodziej raczej by tego nie pragnął. A może o to właśnie chodziło... Zastanowiła się. May... Przekaz... Wiadomość! Gwen machinalnie rozejrzała się wokół. Zobaczyła malutką, białą karteczkę wsuniętą w młody, jeszcze nie do końca rozwinięty liść. Sprytne. Szybko rozwinęła pergamin zapisany znajomym, drobnym charakterem pisma.
Kochana!
Mam nadzieję, że ty, która to czytasz jesteś Gwendolyn z Dortmundii.
Bardzo mnie zaniepokoiło twoje zniknięcie. Czekałam do rana, po śniadaniu ruszyłam w drogę. Nie żeby cię szukać. Bałam się, że stało się to co myślę, a w takim wypadku niewiele bym mogła ci pomóc.
Słuchaj, a raczej czytaj uważnie: jeśli nie zjawisz się do wieczora drugiego dnia od twego zniknięcia, ruszam do Av. Jeśli czytasz to już PO czasie i ty się do niej kieruj. Wiem, że nie masz konia, pojechałam na Klindze, ale NIEOPODAL zostawiam ci mapę z zaznaczonym miejscem, w którym się znajdujesz by było ci łatwiej do Av dotrzeć.
Jeżeli jednak JEST jeszcze czas i chcesz mnie odnaleźć, to wiedz, że Dortmundia jest krainą położoną wśród wzgórz na północy, a najczęściej rosnące w niej drzewa to sosny.
Czekająca,
Maybeline.
Gwen bezradnie opuściła ramiona. To ostatnie zdanie wydawało się nie mieć sensu.
  - Przecież wiem jak wygląda Dortmundia! - zawołała. Zaraz... Maybeline mogła przecież chcieć zaszyfrować wiadomość. No i była uważana przez większość za "chodzącą aluzję". Północ... Mogła ukryć się gdzieś na północy stąd, pomyślała. Dalej... Wśród wzgórz... Sośnina... Można więc podejrzewać, że May ukryła się na północ od polanki, na porośniętym sosnami wzgórzu. Rozejrzała się. Faktycznie, w dziupli najbliższego drzewa leżała zwinięta w rolkę mapa. Zabrała ją szybko. Na pergaminie, po środku starannie naniesionego czarnym atramentem lasu nakreślono niezgrabny, mały, czerwony krzyżyk oznaczający polankę, na której znajdowała się teraz Gwen. Dziewczyna zeskoczyła z drzewa. JESZCZE ma czas. Podbiegła do konia.
  - Musimy jechać. - rzuciła cicho. Ukryła broszkę w wewnętrznej kieszeni koszuli.            
  - Na północ. May na nas czeka, trzeba nam znaleźć ją przed zmrokiem. Możemy kierować się terenem dostosowanym dla koni. Odpadają moczary, bo Klinga by sobie na nich nie poradziła...
Zamyśliła się. Kiszki grały jej marsza z głodu, co w myśleniu nie pomagało.
  - Jeżeli dojedziesz żywa do May, Gwendolyn, to ta napewno posiłku ci nie poskąpi. - warknęła - Spiesz się, on się tak łatwo nie poddaje.  
Skoczyła na konia. Sokrates radośnie rżąc, poderwał przednie nogi z ziemi i galopem runął naprzód. Już po kilku minutach jednak, zwolnił do stempa. Gwen kierowała nim nieudolnie, z rozłożoną na kolanach mapą. Błądziła wśród drzew, mimo to była z siebie w pewnym sensie dumna. Cały czas parła uparcie na północ. Co jakiś czas zatrzymywała się pod jakimś wysokim drzewem, by wleźć na nie i rozejrzeć się. Nie widziała jednak nic poza bezkresnym morzem drzew. Jak na złość, nie sosen. Głód objawiał się jej poprzez rwący ból brzucha. Była poirytowana, a potem wściekła. Maybeline musiała się naprawdę nieźle spieszyć, skoro dotarła tak daleko. Do tego dokuczał Gwendolyn strach, bo południe przeminęło z wiatrem i dzień zbliżał się ku końcowi. Po kolejnej godzinie zsiadła z konia i zrezygnowana osunęła się na ziemię. Oparła się plecami o pień grubego drzewa. Buku, oczywiście, a jakże by inaczej.
  - Maybeline! - wrzasnęła. Cisza. Rozgrzebywała ręką ziemię wokół siebie, pozwalając Sokratesowi paść się swobodnie. Nagle natrafiła dłonią na małą gałązkę. Pod palcami wyczuła igły. Sosna. Zerwała się z miejsca jak oparzona. W ręce trzymała gałązkę drzewa iglastego. Rozejrzała się uważnie. Między dwoma bukami rosła wyniosła sosna o rozłożystych konarach. Gwendolyn, nie zważając na protesty konia dosiadła go szybko. Posłusznie ruszył truchtem w stronę drzewa. Gdy je minęli, pojawiły się następne. Teren również zaczął się zmieniać; wznosił się i opadał. Nagle las się skończył. Za kolejnym pagórkiem ukazał się jego skraj. Wieczorne słońce oświetlało niewielkie wzgórze, gęsto porośnięte wielkimi sosnami. Gwen zatrzymała się na chwilę, ściągając wodze i podziwiając przepiękny, otwierający się przed nią widok. Wzgórze wyglądało majestatycznie i pięknie. Drzewa porastały je tak gęsto, że nigdzie nie prześwitywał choćby skrawek ziemi. Uśmiechnęła się. Może instynkt ją zawodził, może się myliła, ale po prostu czuła, że to tutaj. Ponagliła konia do galopu. Łąkowa trawa uciekała spod kopyt Sokratesa.
  - Oby Maybeline nie pospieszyła się z tym odjazdem. - mruknęła Gwen. Ściganie May przez otwarte, bezkresne stepy do olbrzymiego, odizolowanego od ludzi dworu, w którym mieszkała Avery nie budziło w niej zbyt przyjemnych uczuć. Nigdy nie zapuszczajcie się na stepy, tak je właśnie Av pouczała.
  - Więc jeśli nie chcesz złamać jej rozkazu, Gwendolyn, to się do diabła pospiesz! - syknęła do siebie dziewczyna, spinając konia. Ten, z galopu przeszedł w cwał. Gwen wydawało się, że leci. Że szybuje na skrzydłach samego wiatru. Szybko osiągnęła brzeg zagajnika. Ogromne sosny górowały nad nią, cicho jak intruz zanurzyła się w ich przytłaczający mrok. Czuła zapach igieł. Zapach dzieciństwa spędzonego w lasach, okrutnie przerwanego przez śmierć matki. Wychowywał ją ojciec. Ale nie mogła mu niczego zarzucić. Zawsze tak o nią dbał, może przez to właśnie znienawidził Avery.
Ściółka szeleściła pod kopytami Sokratesa. Gwen, pochylona nisko nad jego szyją nasłuchiwała czujnie. Każdy dźwięk sprawiał, że wzdrygała się lekko. Osiągnęła już prawie szczyt wzgórza, ale mimo to nie natrafiła dotąd na żaden ślad po May. Znów ogarnęły ją wątpliwości, starała się zapomnieć o głodzie. Bolał ją kark od ciągłego schylania głowy, a całodzienna wędrówka wierzchem odcisnęła bolesne piętno na siedzeniu dziewczyny. Z trudem powstrzymała ziewnięcie. Nagle Sokrates poruszył się niespokojnie. Do uszu Gwen doszły jakieś trzaski. Rozpoznała je bez trudu. W pobliżu ktoś palił ognisko. Miała ochotę krzyknąć, ale przytomnie stwierdziła, że to wcale nie musiała być May. Zsiadła z konia i podeszła trochę bliżej. Sokrates jak cień podążył za nią. Gwendolyn wyjrzała zza krzewów. Na szczycie wzgórza, na polance w kręgu sosen siedziała Maybeline. Piekła na ogniu kawałek tłustego mięsa. Siedziała tyłem do Gwen, której na widok posiłku ślina napłynęła do ust. May odrzuciła na plecy pukiel blond włosów. Uniosła głowę i spojrzała w ciemniejące niebo. Zacmokała z irytacją.
  - Trzeba się będzie zbierać. - powiedziała cicho - Och, Gwendolyn. Nawet nie wiesz... - zamarła bo właśnie w tej chwili gdzieś z lewej strony trzasnęła gałązka,a w powietrze wyfrunęła, lśniąc w blasku ogniska rubinowa broszka i cicho upadła tuż obok ręki May. Dziewczyna wzdrygnęła się na to.
  - Gwendolyn? - spytała nieśmiało. Gwen, ciągnąc za sobą konia wyskoczyła na polankę. Maybeline zerwała się z ziemi.
  - Gwendy! - krzyknęła - Och, Gwen! Co się stało?
May, chyba z oszołomienia rzuciła się Gwendolyn na szyję. Gwen zachwiała się pod jej ciężarem. Była trochę zaskoczona tak wylewną reakcją May, ale sama z uśmiechem odwzajemniła uścisk.

2 komentarze:

  1. Tak! Nareszcie nowa część! Oto moja lektura na święta :D!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie? Ja już zdążyłam przeczytać. Bardzo ciekawa to nowa część twojego opowiadania Aniu. :D

      Usuń